Pamięci Pawła Kisielińskiego, który zmarł 18 03 2025 w warszawskim hospicjum

Czy nasz kuzyn musiał umrzeć?

Nasz kuzyn zmarł w hospicjum na skutek zatrzymania akcji serca i owrzodzenia odleżyn. Zanim znalazł się w tym miejscu z sondą i podłączonym tlenem, przedtem leżał kilka lat na oddziałach ZOL-u. Wśród dziesiątków takich nieszczęśników, niezdolnych do jakiejkolwiek aktywności. W przypadku Tadzia o jego losie zadecydowała bardzo rzadka choroba genetyczna,  stopniowo prowadząca do autodegeneracji mózgu. Odwiedzaliśmy go od lat, ale dopiero w ostatnim roku pobytu w tej placówce zaczął  mówić o zdychaniu i prosić, by go zastrzelić. Nie był leczony, podejmowano tylko czynności opiekuńcze. O tym, że czyniono to dobrze i starannie przekonaliśmy się wtedy, kiedy Tadeusz znalazł się w jednym z warszawskich, nowoczesnych  szpitali  z ostrym zapaleniem płuc. Jako przypadek medyczny, ten nieruchomy człowiek z powykręcanymi rękoma i nogami- został podłączony do aparatury, na monitorze ukazały się podstawowe parametry. Leżał na SOR-rze przez 7 dni bez materaca antyodleżynowego, z włączoną sondą, bo „pacjent odmawiał przyjmowania posiłków”. Tadzio od lat nie był w stanie  utrzymać w rękach nawet plastikowej łyżeczki, kiedy po trzech dniach zwróciliśmy uwagę personelowi na pierwsze odleżyny, miły pielęgniarz dodał, że na plecach jest już wielka rana. Ale zabroniono nam wniesienia nowego materaca podobnie jak karmienia Tadzia, czym się kierowano? Oczywiście procedurami, na pytanie czy poproszono szpitalnego psychologa do Tadzia, który rozumie proste komunikaty , usłyszeliśmy „ nie mamy takich obowiązków”. Leczenie tak ciężko chorego człowieka wymaga również zabiegów opiekuńczych,  ich niestosowanie  skazuje chorego na dodatkowy ból i cierpienie. Szpital odesłał Tadzia w tragicznym stanie do hospicjum, odleżyny już pokrywały ręce i nogi, rana na plecach pogłębiała się. W hospicjum  dostawał regularnie środki przeciwbólowe, ale jego stan gwałtownie się pogarszał. Byliśmy u niego każdego dnia i widzieliśmy, że z coraz większym trudem oddycha, kurczy się, zapada się, że nie ma z nim  kontaktu.  Tadeusz zmarł mając 47 lat, z czego ostatnie 13 spędził w różnych placówkach medycznych. O ile wiemy, nikt nigdy nie prowadził jakiś badań nad stanem jego mózgu, mimo że choroba, na którą cierpiał, należy do rzadkich.

  Po śmierci Tadeusza przystąpiliśmy do wszystkich koniecznych procedur, związanych z przygotowaniem pogrzebu. Na terenie hospicjum, podziękowawszy za opiekę, uzyskaliśmy zaświadczenie, z którym należało skierować się do Urzędu dzielnicowego po akt zgonu. Tam również spotkaliśmy się z życzliwą i uczynną urzędniczką. Następnego dnia udaliśmy się do Domu Pogrzebowego ( nadmiar kiczu zaskoczył nas swoim brzydactwem i tandetą) , ustalaliśmy prawie przez dwie godziny szczegóły typu: wybór urny, kształt i kolor zawieszki, model klepsydry itd., co w cenie promocyjnej ( zawsze w takich miejscach jest promocja!) wyniosło przeszło dwa razy więcej niż wynosi zasiłek z ZUS-u. Ustalenie szczegółów dotyczących mszy i  ceremonii pogrzebowej dokonało się w kancelarii parafialnej.  

  Wracając do pytania: kto zabił Tadeusza?  Z pewnością choroba, a szpital przyczynił się do jego nadmiernego cierpienia. W hospicjum pomaga się chorym, ale nie leczy, więc śmierć w tym miejscu jest czymś naturalnym. Zastanawiają nas dwie kwestie: 1. dlaczego nikt nie próbował, zainteresować się chorobą Tadeusza, by łagodzić jej objawy doborem odpowiednich leków?; 2. dlaczego w nowoczesnym szpitalu z młodą, wykształconą kadrą pacjenci tacy jak Tadeusz nie znajdują minimalnej opieki, bez której ich leczenie  okupione jest nadmiernym cierpieniem? Za co odpowiada standaryzacja, chroniąca lekarzy i personel przed sprawami sądowymi, która doprowadziła do absurdalnej sytuacji-personel medyczny przestrzega procedur, niezależnie od stanu i kondycji  konkretnego pacjenta( który został sprowadzony do przypadku medycznego).