O powinowactwie myśli. Tołstoj i Kant

„Potężny, wielki umysł ma prawo szukać nowych środków dla wyrażenia nowej myśli. Jeśli myśl jest naprawdę wielka, zawsze znajdzie wyraz w nowych drogach” – dzielił się Tołstoj swoimi przemyśleniami z przyjaciółmi. By jednak znaleźć wspomnianą drogę, trzeba znać okolice, w których można jej szukać. Tołstoj poszukiwał jej między innymi w lekturach dzieł wielkich filozofów. Niewątpliwie jednym z najbliższych był mu Kant, którego dzieła studiował z entuzjazmem. Spotkanie dwóch myślicieli, tak różnych, a zarazem tak sobie bliskich, jest wydarzeniem szczególnej rangi. Zanim jednak wyjaśnimy, dlaczego jest ono tak znaczące i symboliczne, spróbujmy zastanowić się, co zwróciło uwagę autora Wojny i pokoju w filozofii myśliciela z Królewca.

Dodajmy, że system kantowski jest trudny, opisany przy pomocy niezwykle rozbudowanych zdań i posługuje się nową, często skomplikowaną terminologią. „Pisał okropnie”, a jednak – jak zauważał Tołstoj – dokonał rzeczywistej rewolucji „w wielu dziedzinach” i „wskazał zupełnie nowe horyzonty”.

Dziedziną, którą szczególnie rozwijał Tołstoj, była etyka pojmowana jako ukierunkowana przemiana duchowa. Domagała się ona doprecyzowania i jaśniejszego sformułowania tego, co początkowo podpowiadała intuicja. Sam Tołstoj nieustannie dążył do zrozumienia sensu życia i znalazł w Kancie filozofa, który – w jego przekonaniu – potrafił myśleć samodzielnie.

Oznaczało to, że uważne i rozumiejące czytanie Kanta wymaga również samodzielnego myślenia. Nie chodziło zatem wyłącznie o system czy doktrynę, które porządkują myśl, lecz o samo myślenie. Z tego powodu lektura Krytyki czystego rozumu i Krytyki praktycznego rozumu była dla Tołstoja podwójnym odkryciem: przynosiła zarówno nowe środki wyrazu, jak i nowe drogi myśli – spekulatywnej i praktycznej.

U Kanta pisarz znalazł nie tylko wskazówki i inspiracje związane z własnym pojmowaniem celu oraz sensu życia, ale także coś o wiele bardziej cennego. Etyka kantowska zakłada istnienie powszechnego prawa moralnego, które wyraża się w imperatywie kategorycznym. Jego istotą jest bezwarunkowe zobowiązanie moralne, niezależne od jednostkowych korzyści, pragnień czy empirycznych okoliczności. Kant wiąże je z autonomią rozumnej woli oraz z zasadą, według której człowiek powinien postępować tylko według takich maksym, które może zarazem chcieć uznać za powszechne prawo.

Tołstoj odczytywał tę myśl w sposób własny, nadając jej wymiar przede wszystkim duchowy i egzystencjalny. Interesowało go nie tyle samo skonstruowanie systemu moralnego, ile możliwość przełożenia zasady moralnej na konkretne życie człowieka. „Cały sens życia polega na tym stopniowym wyzwoleniu duchowego «ja». To jest właśnie życie” – pisał. Tołstoj szedł dalej własną drogą, ale nie sam, bo w tej wędrówce towarzyszyli mu autorzy różnych, znaczących dla niego dzieł.

Chociaż Kant należał do najbliższych przewodników życia intelektualnego Tołstoja, pisarz dokonał głębokiej reinterpretacji jego etyki. Dotyczyło to co najmniej dwóch kwestii: stosunku do systemu filozoficznego oraz sposobu uprawiania refleksji spekulatywnej. To właśnie idee kantowskiej etyki okazały się dla Tołstoja szczególnie ważne, ponieważ próbował wcielać je we własne życie. Dla niego filozofia nie sprowadzała się do wiedzy o systemach i teoriach, lecz stawała się szeroko rozumianą refleksją nad sensem życia i świata. Temu namysłowi nadawał konkretny kształt, starając się żyć zgodnie z prawdami, które przemyślał, uznał i głosił.

Był przekonany o tym, że „[…] nie tylko wielcy uczeni i reformatorzy religijni zgadzają się ze sobą w zasadniczych rzeczach”. Sam siebie nie uważał ani za uczonego, ani za reformatora religijnego, chociaż jego działalność można rozpatrywać w obu tych perspektywach. Jak każdy człowiek, który kieruje się wewnętrznym imperatywem moralnym, pragnął zarówno zrozumieć sens życia, jak i żyć zgodnie z odkrytą prawdą: „kochać wszystkich, w myśli, czynach i w słowach”.

Właśnie tutaj ujawnia się szczególne powinowactwo myśli Tołstoja i Kanta. Nie polega ono na prostym podobieństwie ich systemów filozoficznych ani na tym, że Tołstoj przejął od Kanta gotową doktrynę etyczną. Przeciwnie – pisarz dokonał twórczego przekształcenia kantowskich inspiracji. To, co u Kanta było przede wszystkim problemem rozumu praktycznego, autonomii woli i powszechnego prawa moralnego, u Tołstoja zostało przekształcone w wezwanie do duchowej przemiany człowieka i do życia zgodnego z rozpoznaną prawdą moralną.

Dlatego spotkanie Tołstoja z Kantem można rozumieć nie tyle jako spotkanie dwóch identycznych sposobów myślenia, ile jako przykład powinowactwa idei. Kant dostarczył Tołstojowi języka i pojęć pozwalających głębiej uchwycić problemy, które pisarz od dawna przeczuwał. Tołstoj natomiast przeniósł te problemy z obszaru filozoficznego systemu w przestrzeń konkretnego ludzkiego życia. W tym sensie filozofia stała się dla niego nie tylko sposobem poznawania świata, lecz także próbą odpowiedzi na pytanie, jak należy żyć.

(wszystkie cytaty pochodzą z książki napisanej przez przyjaciela Tołstoja, muzyka i kompozytora Aleksandra Goldenweissera, pt. Tołstoj wśród bliskich, Wyd. PIW, Warszawa 1961.)

Jak trzeba żyć?

O Iwanie Iliczu i Aleksym Kareninie

W 26-stą rocznicę śmierci mojego Taty

Literatura rosyjska XIX wieku przyniosła wiele charakterystycznych typów bohaterów: urzędników, wojskowych, myśliwych, dworaków, bywalców salonów. Wśród nich Tołstoj umieścił dwóch ludzi, którzy na pierwszy rzut oka wydają się niemal wzorowi. Iwan Ilicz i Aleksy Karenin są dobrze przystosowani do świata, w którym żyją. Wiedzą, co wypada, co należy robić, jak urządzić mieszkanie, jak się ubierać, z kim spotykać i jaką pozycję zajmować. Ich życie ma swój porządek. Jest przewidywalne i bezpieczne. Może właśnie dlatego tak łatwo uznać je za dobre.
Obaj bohaterowie żyją zgodnie z tym, co Tołstoj określa jako comme il faut – „jak trzeba”, „jak należy”. Nie muszą zastanawiać się nad każdym wyborem. Wystarczy, że spojrzą na innych. Skoro wszyscy żyją w określony sposób, skoro pewne rzeczy uchodzą za właściwe, to dlaczego mieliby postępować inaczej? Opinia otoczenia staje się czymś więcej niż tylko opinią. Zaczyna wyznaczać granice ich świata.
Iwan Ilicz czerpie z tego życia przyjemność. Kariera, mieszkanie, przedmioty, znajomości – wszystko układa się tak, jak powinno. Karenin podchodzi do swojego świata inaczej. Jest człowiekiem obowiązku. Wierzy w państwo, urząd, porządek i własną rolę w tym porządku. W pewnym sensie jest nawet bardziej świadomy zasad, według których żyje. Obaj jednak pozostają od nich zależni. Dopóki życie nie stawia ich wobec czegoś, czego nie można już uporządkować.
W przypadku Iwana Ilicza jest to choroba. Początkowo także chorobę próbuje potraktować jak kolejny problem, który należy rozwiązać. Lekarz, lekarstwo, zalecenia – wszystko powinno mieć swoje miejsce. Trzeba tylko postępować właściwie, a rzeczywistość powinna wrócić do normy. Ale nie wraca. Ból narasta, leczenie nie pomaga, a myśl o śmierci staje się coraz bardziej obecna. I wtedy pojawia się pytanie, którego wcześniej nie było. „Może ja nie żyłem jak trzeba?”
To pytanie jest szczególnie przejmujące, bo Iwan Ilicz natychmiast znajduje przeciwko niemu argument: przecież wszystko robił jak należy. Żył dokładnie tak, jak należało żyć. Miał pracę, pozycję, mieszkanie, rodzinę, odpowiednie znajomości. Nie przekraczał granic wyznaczonych przez jego świat. A jednak w obliczu śmierci wszystko to przestaje być wystarczające. Może więc żyć „jak należy”, a jednocześnie przeżyć życie nie tak, jak naprawdę się chciało?
Karenin nie przechodzi przez tą samą refleksję wprost. Jego kryzys ma inny charakter. Zdrada żony Anny burzy jego świat, w którym wszystko miało swoje miejsce. Człowiek, który był pewny siebie jako urzędnik i przedstawiciel określonego porządku, nagle przestaje wiedzieć, kim jest. „Jestem rozbity, unicestwiony, nie jestem już człowiekiem […] nawet w samym sobie nie znajduję ostoi”. To chyba jeden z najbardziej interesujących momentów w historii Karenina. Okazuje się, że jego pewność siebie była w dużej mierze pewnością człowieka, który znał zasady gry. Kiedy pojawia się sytuacja, której nie można rozstrzygnąć za pomocą tych zasad, czuje się bezradny.
Iwan Ilicz i Karenin mają więc coś wspólnego. Obaj zbudowali swoje życie wokół świata zewnętrznego. Ich praca, stanowisko, opinia innych ludzi, przyjęte obyczaje – wszystko to dawało im poczucie stabilności. Brakowało natomiast czegoś bardziej prywatnego i trudniejszego do zbudowania: prawdziwej bliskości z drugim człowiekiem. Być może właśnie to jest najbardziej bolesne.
Nie samotność rozumiana jako fizyczna nieobecność innych ludzi, lecz samotność człowieka, który nie ma komu naprawdę powiedzieć, czego się boi. Człowieka, który przez całe życie nauczył się funkcjonować poprawnie, ale nie nauczył się być blisko innych. Iwan Ilicz dopiero pod koniec życia zaczyna rozumieć, czego mu zabrakło. Jego przemiana nie polega na znalezieniu kolejnej zasady, której powinien przestrzegać. Przeciwnie – po raz pierwszy wychodzi poza wszystkie zasady, którymi dotąd się kierował. Śmierć, której tak bardzo się bał, zaczyna jawić się inaczej: jako wybawienie od cierpienia, także cierpienia jego rodziny. „Zamiast śmierci jaśniało słońce”.
Karenin nie znajduje podobnego wyjścia. Po swoim upadku ponownie szuka kogoś, kto powie mu, jak należy postępować. Trafia do kręgu hrabiny Lidii, gdzie pojawia się „jasnowidz”, a więc kolejny ktoś, kto ma wiedzieć lepiej. Karenin wraca tym samym do znanego schematu. Znowu ktoś z zewnątrz mówi mu, co powinien zrobić. Może właśnie dlatego losy tych dwóch bohaterów są tak niepokojące. Tołstoj nie daje przecież prostej instrukcji: „tak należy żyć”. Nie chodzi o to, żeby po przeczytaniu Śmierci Iwana Ilicza czy Anny Kareniny stworzyć sobie nowy zestaw zasad i od tej pory pilnie ich przestrzegać. Być może problem tkwi właśnie w samej potrzebie posiadania takich zasad. Bo czym właściwie jest życie „jak trzeba”? Czy można je zmierzyć karierą, szacunkiem otoczenia, dobrze urządzonym mieszkaniem, odpowiednim zachowaniem? A jeśli wszystko to mamy, ale w chwili próby okazuje się, że nie mamy z kim dzielić własnego strachu?
Tołstoj zdaje się mówić coś znacznie mniej wygodnego: człowiek sam wybiera życie, które prowadzi. Nie wystarczy więc powiedzieć, że zniewalają nas społeczne normy i oczekiwania. To my zgadzamy się na ich władzę, ponieważ dają nam poczucie bezpieczeństwa. Pozwalają nie zadawać zbyt trudnych pytań.
A może właśnie tych pytań najbardziej potrzebujemy. Pewnie nie da się odpowiedzieć na to pytanie raz na zawsze. I właśnie dlatego warto je sobie zadawać, zanim zrobi to za nas cierpienie, samotność albo świadomość końca.

Anna Karenina w małżeństwie Tołstojów

„Jeśli prawdziwe jest powiedzenie: »Ile głów, tyle rozumów«, to również prawdziwe: »Ile serc, tyle rodzajów miłości«.”

(Lew Tołstoj, Anna Karenina, t. 1, PIW, Warszawa 1974, s. 101).

Burzliwe dzieje małżeństwa Tołstojów były wielokrotnie opisywane zarówno przez nich samych, jak i przez biografów wielkiego pisarza, jego przyjaciół oraz członków rodziny. Powracają także jako temat prac psychologicznych i artykułów publikowanych w prasie kobiecej. Przyczyn tego zainteresowania prywatnym życiem mieszkańców Jasnej Polany jest co najmniej kilka. Przede wszystkim wynika ono z odmiennych wizji życia, jakie mieli oboje małżonkowie. W innym duchu chcieli również wychować swoją liczną gromadkę dzieci. Narastające przez lata konflikty stanowią ponadto materiał na skandalizującą opowieść, tym bardziej że zostały skrupulatnie opisane przez każdego z małżonków w prowadzonych przez nich dziennikach. Wreszcie rzucają światło na dramatyczne wydarzenia poprzedzające chaotyczną ucieczkę osiemdziesięciodwuletniego Lwa Nikołajewicza z Jasnej Polany.

Uciekał przede wszystkim od miłości Zofii – miłości, która z czasem zaczęła go zniewalać i wyczerpywać. Nie wdając się w psychologiczną analizę stanu emocjonalnego Zofii w ostatnich latach życia męża, można stwierdzić, że jej uczucie okazało się dla nich obojga równie destrukcyjne. Starała się kontrolować jego życie, jego dzienniki i jego przyjaciół. Zazdrosna o uczucia męża, podarła nawet na strzępy portret Władimira Czertkowa. W tym geście – zarazem rozpaczliwym i infantylnym – wyraziła bezsilność oraz głębię własnego cierpienia.

Pragnęła, aby mąż był stale z nią i przy niej. Tymczasem dom Tołstojów nieustannie wypełniali goście oraz wierni uczniowie pisarza, przybywający z całego świata i pochłaniający jego uwagę oraz czas. Mimo to Zofia podtrzymywała w sobie utopijną wizję dwojga białych gołębi żyjących samotnie we wspólnym gnieździe. Za takie szczęście była gotowa wielokrotnie zapłacić nawet własnym życiem. Na różne sposoby próbowała przekonać męża o swojej ofiarnej miłości, czemu towarzyszyły coraz silniejsze ataki nerwowe.

Najbardziej poruszająca w tej historii pozostaje jednak sama miłość. Jakim podlegała przemianom? Jakie uczucia za sobą porywała? Ile było w niej bezinteresownej troski, a ile nieuświadomionego egoizmu? Zofia Tołstoj szczerze i bezgranicznie kochała starzejącego się, schorowanego męża. Mimo to w jej miłości można dostrzec znaczną domieszkę trucizny: gwałtowne sceny zazdrości, nieustanne podejrzenia i ciągłe śledzenie. Było to uczucie przypominające żywioł – płonęło pięknie i wysoko, lecz pozostawiało po sobie zgliszcza. Żyjąc pod ogromną presją emocjonalną, Zofia coraz mniej panowała nad swoim postępowaniem. Tym bardziej cierpiała, że otoczenie widziało w niej jedynie kobietę chorą i obłąkaną.

W tradycji filozofii i kultury europejskiej, począwszy od chrześcijaństwa, miłość zajmuje miejsce najwyższej wartości. Odpowiedź człowieka na jej wezwanie ma znaczenie egzystencjalne, etyczne i metafizyczne (religijne). Wpływa na to, jak chcemy żyć, jakich dokonujemy wyborów oraz jaki sens nadajemy własnemu istnieniu. Dla Tołstoja, twórcy ruchu etyczno-religijnego, człowiek powinien w Bogu i dla Boga miłować wszystkie ludzkie dusze. Lew Nikołajewicz doskonale wiedział, jak wielki ciężar życia rodzinnego wzięła na siebie Zofia. Przez kilkadziesiąt lat przepisywała jego powieści i artykuły oraz wykonywała ich korekty. Był jej za to wdzięczny. Jednocześnie nie zgadzał się z jej poglądami dotyczącymi wychowania dzieci, własności majątku czy honorariów autorskich. Sam był gotów oddać chłopom wszystko, co posiadał, i – jak rzeczywiście uczynił – zrzec się wynagrodzenia za kolejne publikacje oraz wydania zbiorowe swoich dzieł. Był przecież najpopularniejszym i najbardziej cenionym pisarzem w Rosji.

Tołstoj kochał żonę przede wszystkim miłością duchową. Zmuszał siebie do cierpliwości i łagodności wobec niej. Zofia natomiast pragnęła uczucia wyłącznego, całkowicie skupionego na niej samej. Marzyła o więzi podobnej do tej, którą Anna Karenina odnalazła w miłości do Wrońskiego. Dla Anny była ona jedynym celem i sensem życia.

W 1903 roku Zofia Tołstoj zanotowała:

„Skończyłam korektę Anny Kareniny. Śledząc krok za krokiem stan jej duszy, zrozumiałam siebie i poczułam strach. Lecz nie dlatego popełnia się samobójstwo, by się na kimś zemścić, tylko dlatego, że brak sił do życia […]. Nagle jasno wyobraziłam sobie Lwa Nikołajewicza płaczącego starczymi łzami i mówiącego, że nikt nie widział, co się we mnie działo, i nikt mi nie pomógł.” (Zofia Tołstoj, Pamiętniki, PWN, Warszawa 2014, s. 333).

Nikogo nie można nauczyć miłości, nie istnieje również jeden, idealny przepis na kochanie. Miłość wyłączna, jakiej pragnęły Anna i Zofia, w różnym stopniu zniewala i prowadzi do dramatów. Z drugiej strony miłość chrześcijańska, rozumiana dosłownie, obejmuje wszystkich. Tym samym staje się ideałem wykraczającym poza nasz codzienny krąg uczuć. Jest doskonała – w przeciwieństwie do nas samych.

Tworzyć życie

Moraliści przekonują, że nabywając sprawności (cnót) i moralnie doskonaląc się, zabezpieczamy się przed wszelkimi słabościami, tak bliskimi ludzkiej naturze. Wielcy pisarze natomiast wnikają w ludzką, złożoną psychikę, by zrozumieć nieprzewidywalność i przypadkowość naszych wyborów. Nie jesteśmy ulepieni z jednego kruszcu ani też nie reagujemy tak samo na zmieniające się okoliczności życiowe. Zajmując się twórczością i biografią Tołstoja, można prześledzić, jak ten pisarz starał się znaleźć swoją drogę-nie zamykając się w wianuszku stałych cnót i nie poddając się przypadkom. Był przekonany o tym, że można to osiągnąć wtedy, kiedy tworzy się własne życie.

„Już czas przestać oczekiwać od życia niespodziewanych podarunków, miast samemu tworzyć życie”.

Biografię hrabiego Tołstoja odczytać można i zinterpretować na wiele różnych sposobów. Dla mnie szczególnie interesujące jest pytanie: jak ten genialny pisarz tworzył swoje życie, jakie były w nim punkty zwrotne? Kiedy mierzył się z klęskami, a kiedy odnosił sukcesy? Odpowiedzi należy szukać w dziennikach pisarza i w jego dziełach. Jest w nich obecny ze swoimi poglądami jako bohater i narrator.

A może to jego działalność publicystyczna i społeczna stanowi właściwy zrąb jego twórczości? Przez kilkadziesiąt lat Tołstoj rozwijał i doskonalił swoją filozofię społeczno-religijną, zdobywając tłumy zwolenników, a także aktywizując zastępy wrogów, krytyków i prześladowców, łącznie z niektórymi członkami najbliższej rodziny.

W każdej z tych form pisarskiej i społecznej aktywności Tołstoja znaleźć można część historii człowieka, który starał się nadać odpowiedni kształt swojemu życiu. Był arystokratą i najpopularniejszym pisarzem rosyjskim, był żołnierzem, przyjacielem i obrońcą chłopów, cieszył się światową sławą jako publicysta i działacz społeczny. Nauczył się szyć buty, kosił razem z chłopami, a zarazem prowadził korespondencję z przedstawicielami 26 krajów, w tym z Gandhim.

Zostawił po sobie nie tylko olbrzymi dorobek pisarski i publicystyczny, łącznie z tekstami, które nie mogły być wydawane w Rosji, ale również rzesze swoich sympatyków. Głosił nowe idee w czasach rewolucyjnego i politycznego wrzenia na świecie. Protestował przeciwko krzywdzie, cierpieniu, ciemiężeniu człowieka przez człowieka, przeciwko samodzierżawiu, przeciwko własności, wojnie i karze śmierci. Był zwolennikiem nieużywania przemocy, proponował duchową przemianę każdego człowieka, do której miała prowadzić praca na roli, odpowiedni styl życia i umiłowanie świata duchowego.

Trzeba najpierw w każdym człowieku widzieć jego życie duchowe i za to go miłować. Taką postawę Tołstoj nie tylko promował w swoich tekstach, ale przede wszystkim sam się jej uczył, sam próbował wcielać ją w życie. Nadawał życiu zupełnie inne znaczenie niż to, które uchodzi za rozsądne czy przyzwoite.

Bezsens życia polega na tym, że akceptuje się to, co przyniesie ze sobą los, a nawet znajduje się w tym przyjemność. Prawdziwe życie należy znaleźć, a właściwie w sobie wypracować, odrzucając swoje małe, egoistyczne „ja”. Przeobrazić świat można tylko na drodze przeobrażenia każdego człowieka w miłującą istotę duchową.

Pierwowzór widział w ideale chłopstwa, pojętego nie jako klasa społeczna, ale jako istota człowieczeństwa związanego z ziemią, z tym, co pierwotne, co daje życie i je podtrzymuje. Nie chodziło o realia wiejskich sielanek, ale o obraz niezależnego chłopstwa, świadomego swojej roli, wolnego od poddaństwa, które więzi duszę i kaleczy ciało.

Tołstoj staje się orędownikiem czystości i wstrzemięźliwości małżeńskiej. Dlatego też wspiera wszystkich tych, którzy nie chcą służyć w wojsku, by nie zabijać. Z tych samych racji zakłada jadłodajnie w najuboższych chatach w okresie głodu. Wszystkie te, tak różne poczynania podporządkowane są jednemu celowi, jakim są prawda i dobro. Prawda umożliwia dogłębne poznanie tego, kim naprawdę powinien być człowiek, a dobro wskazuje drogę, jaką powinien przejść. Ale rozumienie tych pojęć-życia, twórczości, pracy-nie zamyka się w systemie prawd objawionych. To, co wieczne, jest tajemnicą. Prowadzi do niej sto krętych dróżek i każda z nich gdzieś się urywa. Nie można być doskonałym, ale można próbować zbliżyć się do tego ideału.

Tołstoj myśli, rozważa, sam się zmienia, próbuje na nowo zrozumieć, jak powinno się żyć. Dostrzega wciąż na nowo powstające sprzeczności między pragnieniem radykalnej zmiany siebie i swoich nawyków a ich tylko częściową realizacją. Spotyka na tej drodze cztery przeszkody: w postaci własnego temperamentu, żony i części rodziny oraz wszystkich tych przyjaciół i współpracowników, którzy lepiej wiedzieli od Tołstoja, co powinien zrobić, a także opór, jaki stawia materia życia. Rodzą się dylematy, wątpliwości, rozterki natury duchowej.

Tworzyć życie można na dwa sposoby: nadając mu inny sens, inną wartość lub wiążąc je z pewną misją. Tołstoj uczynił jedno i drugie, co doprowadziło go do odejścia z Jasnej Polany.

„Nie było [to] ucieczką starego człowieka w obcy, zimny, surowy świat. Było to postanowienie artysty, który odciął się od starego świata, mimo że żal mu było ludzi bliskich”.

(W. Szkłowski, Lew Tołstoj, przeł. R. Granas, PIW, Warszawa 1982, s. 654.)

Do czego mają prawo zdrajcy?

Przez wiele lat Tołstoj przygotowywał się do napisania powieści o dekabrystach. Był to temat zarówno współczesny, jak i historyczny, ponieważ w 1856 roku nowy car, Aleksander II, ogłosił dla nich amnestię. Po trzydziestu latach wracali do swoich miast i miasteczek, rozsianych po całej Rosji. Z początku podejmowano ich uroczystymi obiadami, wypytywano o warunki katorgi, o ich udział w ruchu dekabrystów. Wkrótce jednak o nich zapomniano. Do dzisiaj są przywoływani w różnych celach, także propagandowych. Tymczasem dramat dekabrystów można rozważać na kilku płaszczyznach: historycznej i politycznej – w tym również w kategoriach historii alternatywnej – oraz moralnej. I to w kilku wymiarach, z których personalny wydaje się najciekawszy. Dotyczy bowiem tragedii konkretnego człowieka, która pośrednio ujawnia jego ludzkie, unikalne dzieje. Mowa o zdarzeniach, postawach i decyzjach, które same w sobie są sprzeczne z dotychczasowymi dokonaniami jednostek czy grup. Są to sytuacje, które każą szukać innych ocen ludzkich postaw niż te standardowe.

Za tym wszystkim kryje się tragedia człowieka złamanego psychicznie, którego racji nikt nie słucha, a który sam nie potrafi pojąć, co zrobił i dlaczego tak postąpił. Tak mógł się czuć książę Siergiej Trubieckoj po haniebnych zeznaniach, jakie złożył jako dyktator powstania przed przesłuchującym go carem Mikołajem. A może wyparł się siebie ze wstydu, z lęku, z poczucia klęski? Poniósł ją jako dyktator – przed kolegami, członkami Związku Pomyślności, przed własnym poczuciem honoru wojskowego i godności księcia krwi, a w końcu także przed potomnymi.

To bardzo poruszająca historia człowieka, który był bohaterem wojen napoleońskich, ranny pod Borodino. Należał do najwyżej notowanych arystokratów mieszkających w Petersburgu. Był zaangażowany w reformy polityczne i społeczne o umiarkowanym charakterze. Opowiadał się za monarchią konstytucyjną, rozszerzeniem swobód obywatelskich i zniesieniem poddaństwa. Powszechnie lubiano go i szanowano – zarówno w towarzystwie, jak i wśród kolegów z pułku.

W nocy z 13 na 14 grudnia 1825 roku, jako dyktator powstania, spotyka się między innymi z Rylejewem, aby wyjaśnić, że nie mają szans na powodzenie. Bunt części pułków, które następnego dnia mają zebrać się na Placu Senackim w Petersburgu, zostanie – jego zdaniem – krwawo stłumiony. Jest ich za mało, a Senat zatwierdzi prawo do korony Mikołaja I. Jego samego na placu jednak nie będzie. Współcześni i historycy będą mówić o tchórzostwie i zdradzie.

Zostanie oskarżony o to, że przyczynił się do klęski buntu podniesionego przez pułki opowiadające się za wprowadzeniem konstytucji i koronowaniem Konstantego. Już 15 grudnia Trubieckoj został przesłuchany przez cara. W trakcie przesłuchania podał wszystkie znane sobie nazwiska spiskowców. Przerażony grożącym mu wyrokiem śmierci przez ścięcie na klęczkach błagał cara o darowanie życia.

Zachowane listy pisane przez bohatera spod Borodino, zawierające pokorne prośby o darowanie mu życia, nie pozostawiają złudzeń, co do postawy pułkownika Trubieckiego. Są aż nadto wymowne, by można było jeszcze łudzić się, co do jego zachowania. Przerażony, tchórzliwy, gotowy czołgać się u stóp cara – co, podobno, rzeczywiście miało miejsce.

Darowano mu życie. Został skazany na dożywotnią katorgę, następnie karę zamieniono na dwadzieścia lat ciężkich robót, a później skrócono ją do trzynastu lat. W swoim „Pamiętniku”, pisanym na Syberii próbował się wytłumaczyć i usprawiedliwić: dlaczego nie pojawił się w decydującym dniu na Placu Senackim, gdzie przez kilka godzin na mrozie stały zbuntowane pułki? Dlaczego cesarz po jego przesłuchaniu miał powiedzieć o nim: „stwór bez czci i sumienia”?

Nikt, łącznie z samym Trubieckojem, nie zna odpowiedzi na te pytania. Na tym właśnie polega nieszczęście bycia człowiekiem. Nie wiemy, jak zachowamy się w sytuacjach granicznych, jak zareagujemy, gdy znajdziemy się pod wpływem strachu, presji i odpowiedzialności.

Trubiecki jako dyktator od dłuższego czasu dźwigał ciężar odpowiedzialności za przygotowania do buntu. To brzemię losu było zarazem częścią jego osobistej tragedii. Nie mógł powstrzymać fali paraliżującego go strachu. Nie potrafił też przekonać swoich kolegów ze Związku, aby zaniechali swoich planów na następny dzień.

Myślę, że najgorsze chwile miał jednak dopiero przed sobą – wtedy, gdy zaczął odtwarzać w pamięci kolejne wydarzenia i zobaczył samego siebie, kajającego się przed carem, usłużnie podającego mu listę swoich kolegów ze Związku Pomyślności. To musiała być dla niego prawdziwa katorga, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę jego wcześniejsze zasługi wojenne i pozycję, jaką zajmował w społeczeństwie.

Dlatego dzisiaj, myśląc o Trubieckim, możemy zadumać się zarówno nad złożoną i mroczną naturą człowieka, jak i nad poczuciem litości – dla niego samego, ale także dla tych, którzy pośrednio przez jego decyzje stracili życie lub cierpieli.

Być może właśnie w tym tkwi najbardziej przejmujący wymiar historii dekabrystów. Nie tylko w pytaniu, czy ich powstanie miało szanse powodzenia, ani w tym, czy można było zmienić bieg rosyjskiej historii. Najtrudniejsze pytanie brzmi inaczej: co dzieje się z człowiekiem, kiedy historia stawia go w sytuacji, której nie potrafi udźwignąć? I czy człowiek, który w jednej chwili okazuje się słaby i przerażony, może zostać na zawsze pozbawiony prawa do ludzkiego współczucia?

Sonata Kreutzerowska – opowieść o przemocy

Kiedy Zofia Tołstoj przekonywała cesarza Mikołaja II, że Sonata Kreutzerowska jest pochwałą czystości małżeńskiej, powtarzała słowa swojego męża. Zgodnie z głoszonymi wówczas poglądami autor Wojny i pokoju był przekonany, że prawdziwa miłość ma naturę duchową. Ciało, pożądanie i zazdrość niszczą moralne powołanie małżonków do życia duchowego.

Taki sposób odczytania prowadzi do stosunkowo prostych ocen, choć sam utwór zagłębia się w złożoną ludzką psychikę i jej najciemniejsze zakamarki. Można jednak pójść inną drogą i spróbować zinterpretować Sonatę Kreutzerowską jako uniwersalną opowieść o przemocy, o tym, jak się rodzi, rozwija i jak zabija w człowieku wszystko to, co mogłoby go ocalić: przed klęską, przed morderstwem i przed obłędem.

Pozdnyszew, bohater opowiadania, dzieli się z przypadkowym współpasażerem historią swojego życia. Wyjaśnia, że „rozpusta” polega na odrzuceniu moralnych zobowiązań wobec kobiety, na traktowaniu jej wyłącznie jako przedmiotu pożądania i sprowadzeniu do źródła cielesnej rozkoszy. W takim sposobie odnoszenia się do kobiet, również do własnej żony, upatruje źródła przemocy.

Drugi etap tego procesu jest łatwy do przewidzenia. Między małżonkami rozpoczyna się walka o kontrolę, o posiadanie, o to, kto ma rację. Miłość zostaje zastąpiona rywalizacją, a bliskość – wzajemną niechęcią.

Trzeci etap prowadzi do wybuchu obsesji, zazdrości, gniewu i pragnienia zemsty. Pozorność codziennego życia utrwala bohatera w przekonaniu, że nic złego się nie dzieje, podczas gdy jego agresja narasta. Pretekstem staje się muzyka, a zazdrość stopniowo podporządkowuje sobie wszystkie myśli. Logika zdrady nie opiera się na faktach, lecz na podejrzeniach. Żona przestaje być człowiekiem – staje się przedmiotem nienawiści.

Czwarty akt tej tragedii to przemoc w swojej najbardziej skrajnej postaci – zabójstwo żony. Dopiero po dokonaniu zbrodni Pozdnyszew uświadamia sobie, że zabił człowieka. Tragiczne przebudzenie przychodzi zbyt późno.

Historia opowiedziana przez Tołstoja pokazuje, że przemoc nie rodzi się przypadkiem. Jej źródłem jest uprzedmiotowienie drugiego człowieka, pragnienie jego posiadania i kontrolowania. Następnie rodzą się zazdrość, agresja i nienawiść, które stopniowo odbierają zdolność rozpoznawania rzeczywistości. Największą ofiarą przemocy staje się nie tylko ten, kto jej doświadcza, ale również ten, kto ją stosuje. Dlatego Sonata Kreutzrowska jest nie tylko traktatem o małżeństwie, lecz przede wszystkim ponadczasowym studium przemocy.

Dobrowolni więźniowie

„Anno, po co ty i siebie, i mnie tak zamęczasz?”

Filozofia, pytając, jak żyć, próbuje sformułować zasady i reguły dobrego życia. Literatura natomiast pokazuje, że życie ludzkie jest nieprzewidywalne. Nie podlega żadnym ścisłym regułom, nie zamyka się w jednym kręgu kontrolowanych przeżyć i doświadczeń. Czy wobec tego można ochronić się przed egzystencjalnymi dramatami za pomocą wiedzy lub szczególnych praktyk? Czy sztuka mądrego życia — niezależnie od tego, jak owo „mądre życie” pojmujemy — może zabezpieczyć człowieka przed upadkiem i egzystencjalną klęską? A może jej skuteczność polega raczej na trosce o siebie: o sposób myślenia, mówienia i działania? Trosce, która ma swoje źródło w poznawaniu samego siebie, własnych możliwości i ograniczeń.

Historia małżeństwa Kareninów, opisana przez Tołstoja, może stać się przyczynkiem do refleksji nad tymi pytaniami. Oboje reprezentują ludzi zajmujących wysoką pozycję społeczną: są inteligentni, wykształceni, bywają na salonach. On jest urzędnikiem należącym do najwyższych rangą w stołecznym ministerstwie, ona zaś wielką damą petersburskiego towarzystwa, pochodzącą ze znakomitej rodziny. Mają za sobą dziewięć lat małżeństwa i uchodzą za parę wyjątkowo zgodną. Sami również tak postrzegają swój związek. Co prawda szwagierka Anny, goszcząc w domu Kareninów, dostrzega w ich wzajemnych relacjach jakiś fałsz. Wroński natomiast, obserwując powitanie małżonków na dworcu, od razu poznaje, że Anna nie kocha męża.

Sama nieodwzajemniona miłość nie musi jeszcze prowadzić do tragedii. Staje się ona niebezpieczna dopiero wtedy, gdy wszystko to, co dotąd było ukrywane i pozorowane, ujawnia się w buncie, konflikcie i walce. Anna buntuje się przeciwko grze w pozory małżeńskiego szczęścia. Popada w konflikt między zobowiązaniami wobec syna, męża i środowiska, konflikt, którego nie potrafi rozwiązać, obawiając się utraty tego wszystkiego, co stanowiło wartość i stabilizację jej życia. Prowadzi więc rozpaczliwą walkę z samą sobą, coraz częściej rezygnując z podejmowania ostatecznych decyzji. W ten sposób pogrąża się w kolejnych konfliktach, szukając ucieczki w kłamstwie i samo zwodzeniu. Powoli „odklejając się” od rzeczywistości, zbliża się do momentu, w którym — jak sama przeczuwa — „wszystko to zostanie okupione przez śmierć” (L. Tołstoj, Anna Karenina, t. III, przeł. Kazimiera Iłłakiewiczówna, PIW, Warszawa 1974, s. 372).

Jej mąż, pewny siebie wyższy urzędnik, przekonany o własnej słuszności i prawości, również nie potrafi znieść konfrontacji z rzeczywistością. Ucieka od niej, nie mogąc jednak opanować bólu, cierpienia i poczucia porażki. Są to uczucia głęboko osobiste, przed którymi Karenin przez całe życie się bronił. Egzystencja miała dla niego przede wszystkim wymiar publiczny, a nie prywatny. Paradoksalnie więc on sam jako konkretna osoba, nigdy nie był przedmiotem własnej troski.

Tołstoj z przenikliwością psychologa pokazuje, że Karenin żył raczej abstrakcyjnym wyobrażeniem życia niż samym życiem. Uzależniony od opinii publicznej, nie próbował samodzielnie rozpoznać wydarzeń dotyczących jego małżeństwa. Traktował życie jako coś na tyle bezładnego i pozbawionego znaczenia, że zajmowanie się jego konkretnym wymiarem wydawało mu się stratą czasu. „Stwierdził z pewnym żalem, że musi poświęcić tyle czasu i sił umysłowych, bez żadnego poklasku, na domowy użytek” (t. I, s. 199).

Z góry zastrzegał, że nie zajmuje się ani uczuciami żony, ani jej sumieniem, lecz wyłącznie obowiązkami wynikającymi z pozycji społecznej, z prawa i religii. Być może dlatego obsesyjnie bał się kobiecych łez — ujawniały one bowiem zupełnie inną, nie urzędniczą przestrzeń międzyludzkich relacji. Taka postawa ułatwiała Kareninowi wspinanie się po szczeblach kariery, okazała się jednak przeszkodą oddzielającą go od pełnego przeżycia własnej tragedii. Kiedy tragedia stała się faktem, przede wszystkim próbował ją zignorować. Zaproponował Annie, by nadal odgrywała rolę szczęśliwej żony wobec opinii publicznej i domowej służby. Taki stan rzeczy nie mógł jednak trwać długo. Karenin cierpiał, lecz nie potrafił zdobyć się na żaden zdecydowany krok. Nie wynikało to z tchórzostwa, lecz z głębokiej bezradności. Bezradność ta jeszcze się pogłębiła, gdy opiekę nad nim i jego duszą przejęła hrabina Lidia.

Można współczuć Annie i jej mężowi, że nie potrafili pogodzić się z utratą ról, z którymi się utożsamiali — zarówno społecznie, jak i indywidualnie. Z różnych powodów oboje okazali się bezradni wobec nowych wyzwań. Nie mogli i nie potrafili wyzwolić się z ram, w których zostali osadzeni. W tym sensie byli dobrowolnymi więźniami własnych wyobrażeń o sobie, swoich społecznych masek i ról, które z czasem zaczęły sprawować nad nimi większą władzę niż oni sami.

Migdałowy uśmiech księcia pana

Czasami warto zajrzeć do eleganckiej i drogiej restauracji, by zobaczyć przy suto zastawionym stoliku Stiepana Arkadjicza księcia Obłońskiego. Przystojny, z dobrodusznym uśmiechem, spokrewniony i zaprzyjaźniony „z połową Moskwy i Petersburga”, powszechnie cieszył się sympatią. Lubiano go za pogodne, wręcz radosne usposobienie, uczciwość i życzliwość okazywaną wszystkim, niezależnie od ich położenia społecznego i materialnego, ponieważ Obłoński był liberałem. Miał także liberalny stosunek do wad innych ludzi. Światowiec, arystokrata, elegant i smakosz. Mąż oraz ojciec sześciorga dzieci. Do swoich pracowników odnosił się po koleżeńsku, a oni darzyli go szacunkiem i nieudaną sympatią. Sam jego widok sprawiał znajomym radość: „w całej jego osobie, w jego pięknej, sympatycznej powierzchowności […] było coś, co po prostu wzbudzało radość i życzliwość u ludzi, którzy go spotkali” (Anna Karenina, t. 1, przeł. K. Iłłakiewiczówna, PIW, Warszawa 1974, s. 35).

Charakter Stiwy – jak nazywali go znajomi – przejawiał się właśnie w tym migdałowym, dobrodusznym uśmiechu. Rzadko zastępował go wyraz bólu czy skruchy, a wtedy Stiepan Arkadjicz promieniał współczuciem i wzruszeniem. Nie stronił od łez, by po chwili powrócić do właściwego sobie pogodnego nastroju. Posiadał zarówno „łatwość zapominania”, jak i „zdolność do absolutnej skruchy” (tamże, s. 98).

Książę tonął w długach i zdradzał żonę, chociaż było mu jej szczerze żal. Kochał swoje dzieci, ale nie troszczył się o ich potrzeby. Żył w przekonaniu, że „na tym właśnie polega cywilizacja, by ze wszystkiego czerpać rozkosz” (tamże, s. 53). Uważał, że sztywne zasady moralne fałszują i upraszczają obraz świata. Moraliści widzą jedynie dwa jego odcienie – dobro i zło. Tymczasem świat ma także inne barwy, które przynoszą radość. Poczucie humoru pomaga je dostrzec. Stiwa wymyśla więc anegdoty, którymi bawi znajomych, zwłaszcza podczas wydawanych przez siebie obiadów. Potrafi zaaranżować salonowe spotkania, na których wszyscy czują się swobodnie. Niewątpliwie książę Obłoński, tak jak przedstawia go Tołstoj w Annie Kareninie, posiada niezwykły wdzięk osobisty i towarzyski. Czy był jednak zdolny przejść od życia „ładniutkiego” do „pięknego”? Można mieć co do tego uzasadnione wątpliwości.

Mimo wszystkich swoich słabości Obłoński z pewnością nie zasługuje na potępienie. Przeciwnie – wydaje się, że potrzebujemy ludzi o szczerym i życzliwym usposobieniu. Dobrodusznych, pogodnych lekkoduchów, którzy wnoszą w życie innych swój migdałowy uśmiech. Nawet jeśli znamy ich wady, gotowi jesteśmy wiele im wybaczyć za pogodę ducha i dobroduszny sposób bycia. W tej pobłażliwości kryje się pewien paradoks. Zwykle cenimy ludzi za ich poważny i odpowiedzialny moralnie stosunek do życia, a jednak chętniej przebywamy w towarzystwie Obłońskich niż Lewinów. Ci ostatni swoimi skrupułami moralnymi wprowadzają nastrój powagi, a czasem nawet trwogi. Potępiają, oskarżają, wypominają. Odbierają życiu część uroków, które wnosił Stiwa: humor, pogodę ducha, radość, szczerość, życzliwość, dobroduszność i wdzięk osobisty.

Można z tego wnosić, że potrzebujemy autorytetów moralnych, ale lubimy Obłońskich. O czym to świadczy? Zapewne również o tym, że natura ludzka jest płynna i bogata, dlatego nie mieści się w jednym schemacie ocen. Pięknie i mądrze pisał o tym Tołstoj w swoim Dzienniku: „Jednym z najważniejszych błędów w sądach o człowieku jest to, że […] określamy człowieka    jako mądrego, głupiego, dobrego, złego […], a człowiek to wszystko i [są w nim] wszystkie możliwości, jest płynną substancją […]” (Dzienniki, t. 2, pod datą 19 marca 1898).

Czułość, życzliwość i radość życia są więc tymi wartościami, które cenimy sobie na równi z moralną prawością. A migdałowy uśmiech Obłońskiego przypomina, że żadnego człowieka nie można sprowadzić ani do katalogu jego zalet ani do rejestru jego win.

Uczciwa rozmowa

Zdarzają się pouczające, choć z pozoru błahe opowieści. Pokazują one między innymi, że bliscy sobie ludzie mogą radykalnie różnić się w swoich ocenach, mimo że kierują się dobrymi intencjami. Dlaczego tak się dzieje? Być może przywołana historia pomoże odpowiedzieć na to pytanie, a przynajmniej lepiej je naświetli.

Przyjaciółka poprosiła swoją bliską znajomą o zaopiekowanie się nowym psem. Ta chętnie się zgodziła, ponieważ lubi zwierzęta. W ciągu dnia wyszła jednak na chwilę zrobić drobne zakupy. Kiedy wróciła, zauważyła, że pies podrapał drzwi wejściowe. Uszkodzenia były niewielkie, ale widoczne. Właścicielka psa zadeklarowała wówczas, że zwróci koszty naprawy. Minął rok. W tym czasie drzwi nadal spełniały swoją funkcję, jednak właścicielka postanowiła wymienić je na nowe. Po zakupie i montażu nowych drzwi zwróciła się do znajomej z prośbą o zwrot całej poniesionej kwoty – dwóch i pół tysiąca złotych. Nie padło przy tym głośno pytanie: czy była to uczciwa transakcja?

Obie kobiety znają się od czterdziestu lat i od dawna wspierają się w trudnych sytuacjach. To właśnie wieloletnia przyjaźń sprawiła, że żądana kwota została zwrócona. Jednak wątpliwości pozostały.

Etycy zwracają uwagę, że w podobnych sytuacjach warto uwzględnić kilka elementów: okoliczności zdarzenia, intencje sprawcy, wartość przedmiotu sporu oraz proporcję między wyrządzoną szkodą a wysokością odszkodowania. Równie ważne jest jednak to, jak sami rozumiemy dane wydarzenie oraz jak je przeżywamy i doświadczamy. Nasze oceny moralne zależą nie tylko od faktów. Wpływa na nie również indywidualna hierarchia wartości. Zmienia się ona na dwa sposoby: poprzez zmianę ważności poszczególnych wartości oraz zmianę zakresu tego, co uznajemy za dobro lub zło. W efekcie każdy z nas przyjmuje własną miarę wartości, uznając jedne za ważniejsze od innych – zależnie od sytuacji i okoliczności. Jak pisał Władysław Stróżewski: „Każdy jest dobry, szlachetny, dzielny […] na swój własny sposób, który niekiedy zaskakująco może się różnić od innych ludzi realizujących te same wartości” („Aksjologiczna struktura człowieka”, w: O wielkości. Szkice z filozofii człowieka, Znak, Kraków 2002, s. 30).

Oceny moralne nie opierają się na matematycznej ścisłości, lecz na przekonaniu, że w danej sytuacji należy postąpić właśnie tak, a nie inaczej. Jedni próbują takie przekonania racjonalnie uzasadniać, inni poprzestają na intuicji moralnej. Dopiszmy więc dwa alternatywne scenariusze do opisanej historii. W pierwszym właścicielka psa zgadza się pokryć jedynie połowę kosztów nowych drzwi, argumentując, że niewielkie uszkodzenie nie uzasadniało tak kosztownej inwestycji. W takim przypadku albo obie strony obdarzają się wzajemnym zaufaniem, albo powołują niezależnego rzeczoznawcę. Wówczas spór przenosi się na płaszczyznę obiektywnej oceny szkody. W drugim scenariuszu właścicielka psa odrzuca odpowiedzialność, twierdząc, że znajoma nie powinna była zostawiać zwierzęcia samego w mieszkaniu. Skoro podjęła taką decyzję, musiała liczyć się z możliwością zniszczenia mienia. W tym wariancie pole do negocjacji praktycznie znika, a konflikt może zostać rozstrzygnięty już tylko na drodze sądowej.

W rzeczywistości spór dotyczy czegoś głębszego. Chodzi o to, jak obie strony rozumieją związek między uczciwością, sprawiedliwością i przyjaźnią. Dla znajomej zwrot pieniędzy jest oczywistą miarą uczciwości. Dla właścicielki psa zapłata całej kwoty stanowi wybór mniejszego zła. Większym byłaby utrata wieloletniej przyjaźni. Obie są przekonane o swojej uczciwości, choć odmiennie rozkładają akcenty. Dla jednej ważniejsza okazuje się sprawiedliwość, dla drugiej – przyjaźń. Czy można pogodzić te stanowiska?

W sporach moralnych nie dysponujemy uniwersalną metodą rozwiązywania wszystkich konfliktów. Dobra wola, zdrowy rozsądek i życiowe doświadczenie ułatwiają jednak rozmowę prowadzącą do porozumienia. Ponieważ – jak zauważa Stróżewski – „struktura wartości jest dialektyczna” (tamże, s. 29), pozostaje ona otwarta na dialog. W jego trakcie obie strony przedstawiają swoje racje, próbując nie tylko obronić własne stanowisko, lecz przede wszystkim zrozumieć, czego naprawdę dotyczy spór i co je różni w ocenie tego samego wydarzenia.

Czy dobro zawsze przezwycięża zło?

Odpowiedź Lwa Tołstoja

„ja go nienawidzę za jego cnotę. […] Czy ty uwierzysz, że wiedząc, jaki jest dobry, jaki przezacny człowiek, że niewarta jestem nawet tyle, co jeden jego paznokieć-mimo to nienawidzę go. Nienawidzę za jego wspaniałomyślność! (L. Tołstoj, Anna Karenina, t.2, przeł. K. Iłłakiewiczówna, PIW, Warszawa1974, s.262)

Św. Tomasz napisał, że dusza ludzka nie siwieje. To samo można powiedzieć o wielkiej literaturze, że ona się nigdy nie starzeje. Zawsze mówi do nas, zmuszając do przemyślenia od nowa m. in. utartych schematów moralnych. Takich jak ten, który pojawia się w Annie Kareninie wraz z pytaniem– jak można nienawidzić męża, który wybacza żonie zdradę i pragnie zapewnić jej szczęście? Jak to możliwe, że dobro nie prowadzi do przezwyciężenia zła.? Tołstoj opisuje złożone relacje, jakie łączyły Annę z mężem i kochankiem.  Kochankowie: Anna i Wroński mają świadomość tego, że dopuszczają się zdrady. Każde z nich z tego powodu cierpi. Wiedzą jednak, że inaczej być nie może. Przynajmniej do czasu, kiedy Karenin zgodzi się na rozwód. Tołstoj ściera ze sobą i porównuje różne doświadczenia i odcienie moralności. Moralności, która prowadzi od jasnych sądów do mrocznych stanów niepokoju i chaosu emocjonalnego. Stało się to wtedy, kiedy Karenin wspiął się na wyżyny ludzkiego miłosierdzia. Przebaczając niewiernej żonie, bez stawiania dodatkowych warunków. Chora, leżąca w gorączce poporodowej Anna okazała szczerą skruchę.  Karenin jej przebaczył, kierując się litością i współczuciem.

Okazało się jednak, że wszyscy bohaterowie tej podniosłej sceny popełnili pomyłkę. Bo Anna nie umarła i musiała zmierzyć się z moralnym wyzwaniem, jakie rzucił jej mąż. Inny wydźwięk moralny ma zdrada kukły – jak pogardliwie nazywała męża– a czymś zgoła innym jest zdrada człowieka szlachetnego i wspaniałomyślnego. Anna znalazła się pod pręgierzem cnót i dobroci, jakie po raz pierwszy okazał jej mąż. Boleje nad tym, że nie umarła. Akt wybaczenia skierowany był do umierającej żony. Anna nienawidzi Karenina za jego wspaniałomyślność. Relacja ta ma jeszcze głębsze korzenie, żona Karenina była kobietą inteligentną i wrażliwą. W konfrontacji z jego dobrocią Anna czuła się występna. Doświadcza w jego obecności zarówno swojej winy jak i upokorzenia. Karenin jest zdruzgotany widząc, że żona się go boi i nienawidzi. Jego życiowa sytuacja stała się jeszcze trudniejsza. Dla Wrońskiego, ukochanego Anny, mąż do tej pory był tylko przeszkodą w ich relacji, kimś, kto nie zasługiwał na to, by być razem z Anną. Wybaczenie ze strony Karenina odnosiło się też do Wrońskiego. Sprawiło, że kochanek Anny doznał silnego uczucia poniżenia i wstydu „w takich okolicznościach ludzie palą sobie w łeb…- żeby uniknąć wstydu.” (tamże, s.250) Wroński zdecydował się na ten desperacki czyn. Przeżył, podobnie jak i Anna. Chybił, strzelając do siebie.  Nienawiść Anny do męża okazała się dla niej samej uczuciem destruktywnym. Wroński wrócił do swojej pierwotnej roli już bez obciążeń i moralnych wątpliwości. A Karenin „Czuł, że w odpowiedzi na to gniew mu powstał w duszy […], który mącił jego spokój i niszczył całą zasługę płynącą z ofiary.” (tamże, s.260)

Tołstoj sugeruje więc, że dobro nie tyle zwycięża zło, ile je demaskuje. Ujawniając przed Anną i Wrońskim prawdę o ich związku. A Karenin przekonał się o tym, że wspaniałomyślność jest za trudna do udźwignięcia.  Wszyscy trzej bohaterowie ponieśli klęskę osobistą, ale Karenin i Wroński doświadczyli też zwycięstwa. Pierwszy kierując się odruchem serca i wybaczając. Drugi uwalniając się od poczucia wstydu i upokorzenia. Anna nie miała gdzie uciec od siebie. Nie znalazła też w sobie siły, by zmierzyć się z konsekwencjami swoich wyborów.