Prawda czy fałsz? Historia Islamadina

W opowieściach swoich i cudzych nie potrafimy rozróżnić prawdy od fałszu. Można świadomie uczynić opowieść bardziej prawdopodobną, można też odwrotnie nadać jej charakter na wskroś fałszywy. Z tego powodu wszelkie powieściowe (sfabularyzowane) biografię są trochę prawdziwe w swojej warstwie faktograficznej i trochę fikcyjne. Nawet w dziennikach, pamiętnikach czy wywiadach pisze się lub mówi to, co dla każdego z perspektywy „teraz” wydaje się prawdziwe (prawda myśli, przeżyć, wyborów i czynów). Z tego powodu wartość zapisków autobiograficznych i biograficznych ocenić należy z wielu różnych punktów widzenia, w których dominuje nasz sposób spostrzegania siebie i swojego losu. Należy on do sfery tzw. postulatywnej, a więc do takiego ujęcia czyjegoś życia, któremu nadaje się znaczenie, próbuje się określić czyjś unikalny, indywidualny los. Życie staje się moje, kiedy próbuję je zamknąć w jakieś uporządkowanej historii, opowieści. Czy to oznacza, że ktoś „stanął w prawdzie” lub „stanął w fałszu”, czy takie określenia w ogóle mają jakiś sens, chociażby symboliczny, kiedy mowa o życiu w opowieściach? W wyrażeniu „stanąć w prawdzie”, jak można domniemywać, chodzi o wybór pewnej postawy wobec kogoś lub czegoś, Jeśli takie położenie odczyta się nie w porządku wiary, ale odniesie się do ludzkiego, codziennego życia to równie dobrze „stoimy” w prawdzie jak i w fałszu. Wątpimy, mylimy się, oszukujemy siebie i jesteśmy oszukiwani przez innych, potykamy się o różne narracje i komunikaty. A dlaczego w ogóle stoimy a nie np. siedzimy lub leżymy „w prawdzie”? Codzienne doświadczenie prawdy pozostaje radykalnie różne od prawdy, która utożsamia się z Bogiem czy Absolutem. Czasami wiara sprawia, że prawda o Bogu staje się dla kogoś bezwzględną prawdą, której podporządkuje swoje życie i swój los. Prawda absolutna sprowadzona do prawdy życiowej podlega trzem modyfikacjom: jest schematyczna, wybiórcza i bezwzględna wobec wszelkich odchyleń od przyjętych zasad. Nie uwzględnia ani indywidualnego charakteru i losu ludzkiego ani różnorodności sytuacji, w jakich znajdują się ludzie. Niezwykła historia Islamadina opowiada o młodym żołnierzu rosyjskim, który chciał być mudżahedinem. Nie stać się czy nim zostać np. na czas trwania wojny, ale być nim. Po to, by „stanąć w prawdzie absolutnej”.

Zapragnął tego, kiedy walcząc w Afganistanie ranny dostał się do niewoli. Tam usiłował popełnić samobójstwo z obawy przed okrutnymi torturami. Po pół roku leczenia rozcięto mu więzy i oznajmiono, że jest wolny i wtedy zdecydował się przystąpić do mudżahedinów. Przyjął nowe imię, nową wiarę i nową tożsamość.  Islamadin opowiadał Jagielskiemu, że „Tamto pierwotne życie się skończyło. Urodziłem się od nowa (s.93) „Moje dawne życie w Rosji wydało mi się czymś nierzeczywistym. Pamiętałem niby wszystko, ale tak jakby ktoś mi o tym opowiadał. Niemożliwe, żebym sam to przeżył.” (s.94) Która z tych dwóch opowieści jest prawdziwa czy ta aktualna, czy ta z przeszłości? A może obydwie są w takim stopniu prawdziwe jak i fałszywe i tylko zmieniło się miejsce, gdzie „stoi się „w swojej prawdzie”? 

Manipulując między prawdą a fałszem można człowieka doprowadzić do stanu, w którym już nie będzie zabiegał o prawdę, ale o fałsz. A o to jest w naszych czasach bardzo łatwo, bo nauczono się lepiej nas kusić niż to miało miejsce jeszcze wczoraj. 

Cytaty pochodzą ze zbioru reportaży Wojciecha Jagielskiego z Afganistanu, „Modlitwa o deszcz”, Wyd. Znak, Kraków 2016.

O bezinteresowności u małodusznych i wielkodusznych

„…uprzejmie donoszę niepodpisany sąsiad”

Człowiek, piękny człowiek z całą swoją nerwowością, z całym swoim zacięciem, z całą pozą (o Julianie Tuwimie, J. Iwaszkiewicz, Książka moich wspomnień, Kraków, Wyd. Lit., 957, s.359.

Iwaszkiewicz pisząc o Tuwimie, że był pięknym człowiekiem, podkreślał z uznaniem, że miał on duszę piękną, dobrą i szlachetną. Chociaż chciał uchodzić za wagabundę, prześmiewcę i maga słowa. Wzmianka o Tuwima przypomina, że dobrzy ludzie nie przypominają bohaterów z nowelek pozytywistów. Jak my wszyscy są postaciami o wiele bardziej złożonymi, o różnych skłonnościach.

Pewne zachowania ludzi zadziwiają swoją bezinteresowną złośliwością i podłością. Zdarza się to starcom, traktującym testamenty jako przednią zabawę ze swoją najbliższa rodzinę. Pisząc kolejny testament 95-letni wuj mojego kolegi chichotał: „już widzę jak będą sobie skakali do oczu po mojej śmierci.” Sędziwy starzec szantażował rodzinę z wysokości swojego łóżka, raz temu wnukowi przypisując swój majątek, a za miesiąc innemu. Po jego śmierci rzeczywiście nastąpiły targi i zatargi, które do dzisiaj kładą się cieniem na stosunkach rodzinnych. Wuj był szanowanym sędzią, znanym ze swojej uczciwości.  W tej samej, czcigodnej krakowskiej kamienicy mieszkała pani Blanka P., wdowa po wieloletnim kustoszu przesławnego (w tym mieście wszystko jest przesławne i zabytkowe) obiektu muzealnego. Otóż miła i uczynna pani Blanka z czasem zaczęła pisywać donosy na sąsiadów z góry ciesząc się z ich zakłopotania spowodowanego kolejną kontrolą gazu, kominów czy piwnicy. Pani Blanka postanowiła, że będzie na swój sposób karała tych z mieszkańców, którzy wydali się jej niesympatyczni, a tym samym podejrzani. Myśl o tym, że ma swój niewielki wpływ na dyskomfort ich życia przynosiła jej satysfakcję. Można mnożyć przykłady bezinteresownych intrygantów, donosicieli, wszelkiego rodzaju złośliwców, czerpiących prawdziwą radość z dokuczania innym. Są przeciwieństwem ludzi życzliwych, bez których trudno byłoby żyć razem pod wspólnym dachem i pod tą samą flagą. Otaczają nas ludzie małoduszni i wielkoduszni pewnie my też zaliczamy się do jednej z tych grup. Pierwsi lubią rządzić innymi, ale nie mają ku temu bezpośredniej sposobności, mogą jedynie rozdawać ciosy ukradkiem. Jest to z ich strony swoista bezinteresowność, bo podjęte przez nich działania nie przynoszą im materialnych korzyści, ale bliźnim sprawiają kłopoty.

W przeciwieństwie do nich spotyka się też ludzi, którzy pomagają bliźnim albo spontanicznie albo pod wpływem współczucia, wynikającego z przeżytych przez nich tragedii.  Dotyczy to również tych, którzy kiedyś krzywdzili innych i teraz nikt, łącznie z rodziną, nie podejmuje się opieki nad nimi. „Bo on/ ona   nigdy by się nie zatroszczył o nas”. W takich przypadkach bezinteresowność działania oznacza po prostu dobroć, czyli to, co w ludziach jest najbardziej cenne. Ponieważ potrafią bezinteresownie zatroszczyć się o potrzebujących wsparcia. W tym dziele biorą udział zarówno jednostki jak i społeczeństwa, zwłaszcza wtedy, kiedy mają miejsce nadzwyczajne sytuacje.  Kiedy to spontanicznie, pod wpływem współczucia, ludzie masowo pomagają innym: uchodźcom, powodzianom czy tym, którzy stracili cały dorobek życia wskutek pożaru. Dodać należy, że większość osób działających w sferze publicznej, chce uchodzić za ludzi bezinteresownie życzliwych. Zależy im na uznaniu i opinii ludzi o wielkim sercu.

Powtórzmy banalną prawdę o nas samych – nie jesteśmy doskonali, ale bywamy piękni, wspaniali i bezinteresowni- jako jednostki i wspólnota! Optymiści dodadzą, że to kamień węgielny solidarności międzyludzkiej, a pesymiści, że bezinteresowna życzliwość powoli wygasa…

Przypowieść o czarnej łapie i potrzebie przyjaciół

W dzieciństwie wiele dzieci z mojego pokolenia spotkało się z mrożącą krew w żyłach opowieścią o czarnej łapie. Snuła się ona w sypialniach, kiedy lampy zgaszono i panowała ciemność, któreś z dzieci zaczynało wywoływać koszmarny cień czarnej łapy, który w opowiadaniu rósł, potężniał i każde dziecko odczuwało jego przerażającą obecność. Czarna łapa otwierała skrzypiącą szafę, gdzie pod 10 kołdrami i 10 poduszkami leżał ukryty Jaś. Opowiadające dziecko zniżało głos, przeciągając go i zwalniając, tak by słuchacze czuli narastający dreszcz grozy i strachu. „Odrzucam pierwszą kołdrę, pierwszą poduszkę”, a na końcu trzeba było wraz z dotknięciem najbliższego dziecka, krzyknąć „mam cię”. Na ten okrzyk odpowiadały przerażone głosy słuchaczy i przedstawienie się kończyło, by następnego wieczoru zaczynało się wszystko od nowa. Chcieliśmy czuć ten dreszcz grozy, kulić się ze strachu pod kołdrą, trochę na serio a trochę dla zabawy. Opowiadający, jeśli miał talent aktorski, wprowadzał nas w inny wymiar życia, w którym nic nie może uchronić przed złem; ani symboliczna szafa, ani wszystkie pierzyny. Zło nas dopadnie zawsze i wszędzie, jeśli będziemy kryli się przed nim ze strachu. Niekiedy jednak nie potrafią zrobić nic innego, przekonani o swojej bezradności wobec nadchodzącej katastrofy. Czemu sprzyja fakt, że żyjemy w świecie, w którym zanika poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Stajemy się coraz bardziej podatni na wszelkie sygnały o czyhającej na nas katastrofie. Popadamy w panikę, reagujemy emocjonalnie, nie rozumiejąc mechanizmów prawdziwych i pozornych zagrożeń. Nie możemy więc, zgodnie z radami starożytnych mędrców zachować stoicki spokój i opanowanie, kierując się rozumem. Przeszkadza nam w tym niewiedza, np. korzystamy z cyberprzestrzeni, ale nie znamy jej mechanizmów. A to prowadzi między innymi do tego, że nasze bankowe oszczędności stają często łupem cyberprzestępców. Dlaczego tak łatwo sterują nami wytrawni manipulatorzy, dlaczego sami przelewamy swoje pieniądze na ich konta lub zatwierdzamy transakcje finansowe, które sobie wypłacają i je pobierają z bankomatów?

Rozsądni, inteligentni, wykształceni ludzie, obsługujący mobilne aplikacje bankowe, świadomi tego, przy pomocy jakich manipulacji i nacisków psychicznych, sprawcy mogą wedrzeć się na nasze konta. Teoretycznie większość z nas posiada taką wiedzę, ostrzegamy innych podobnie czynią to banki, policja i media. Problem tkwi w presji emocjonalnej, jakiej jesteśmy poddani przez czarną łapę. Telefon czy e-mail z pozornie wiarygodnych instytucji z informacją o tym, że ktoś posiada dostęp do naszego konta , uruchamia natychmiastową potrzebę odzyskania bezpieczeństwa w sferze, nad którą właśnie straciliśmy panowanie. Ktoś, podający się za pracownika owej wiarygodnej instytucji, oferuje nam pomóc w zabezpieczeniu konta, więc chwytamy wszystkie kołdry i poduszki, jakie nam podrzucają przestępcy. Bardzo się spieszymy, by nie stracić oszczędności, nie myśląc, nie zastanawiając się, klikamy tam, gdzie nam wskazują. Kiedy kradzież się dokonała, zaczynamy sobie uświadamiać własną naiwność, nadmierne zaufanie i ..głupotę. Po fakcie ofiary wstydzą się często rozmawiać z bliskimi, dzielić się tym, co je spotkało, boją się, że zostaną wyśmiane. Chociaż schemat działania oszustów jest podobny, to okoliczności się zmieniają, a zwłaszcza ważne jest skąd pochodzi pierwszy, w istocie fałszywy, komunikat. To on decyduje, czy rozmowa będzie przez nas kontynuowana. Ten etap można nazwać „zarzucanie wędki”, drugi to już „diagnostyka”, z której oszuści dowiadują się o stanie konta swojej ofiary, trzeci i ostatni to „pomoc techniczna”. Oszust zleca klikanie w takie newralgiczne miejsca naszego konta, gdzie są np. wyznaczone limity itp. Ostatni etap dokonuje się wtedy, kiedy opada „zasłona niewiedzy” i biedna ofiara uświadamia sobie  w czym aktywnie uczestniczyła. Skutecznie chronić nas przed tak wyrafinowanym oszustwem może rozmowa z kimś, do kogo mamy pełne zaufanie. Z przyjacielem, osobą bliską albo pracownikiem Infolinii bankowej. Ponieważ oszuści przyjmują pełną władzę nad nami tylko wtedy, kiedy samotni, w panice próbujemy ratować swoje oszczędności, zdalnie sterowani przez grupę wytrawnych manipulatorów. Niektórzy z nas przekonani są o tym, że sami potrafią obronić się przed każdym cyberatakiem. Warto jednak pamiętać o tym, że tyle wiemy o sobie na ile nas sprawdzono i dodajmy, na ile sami sprawdziliśmy siebie.

Patriotyzm na walizkach.

Pan Cogito chciałby stanąć na wysokości sytuacji/…/ nie ma jednak miecza/ ani okazji/ żeby wysłać rodzinę za morze.”, Z. Herbert, frag., Pan Cogito w postawie wyprostowanej.

Obecnie wielu młodych ludzi planuje wyjazd z kraju ze względu na zagrożenie wojną. Niektórzy już, korzystając  często ze wsparcia rodziny, zakupili domki czy apartamenty w Hiszpanii, we Włoszech a nawet w Rumunii. Trudno  takie postępowanie zakwalifikować jako patriotyczne lub niepatriotyczne. Ludzie mają prawo do tego, by siebie i swoich najbliższych ratować w obliczu zagrożenia. A konkretnie rzecz ta dotyczy  tej grupy ludzi, która z uzasadnionych powodów nie jest objęta obowiązkiem służby wojskowej. Inaczej  przedstawia się sytuacja tych osób, które zdołały „załatwić sobie” zwolnienie ze służby wojskowej. Zanim ktoś zarzuci im brak patriotyzmu czy wręcz potępi  taką postawę zastanowić się  warto  czy rzeczywiście część z nas ma moralny obowiązek walczyć za ojczyznę. Zacznę od wyznania młodego sąsiada,  który oświadczył , że „ucieknie przed wojskiem, jeśli rząd opuści kraj jak to miało miejsce we wrześniu w 1939 roku. Ponieważ to na nich, przedstawicielach władzy  spoczywa odpowiedzialność za naród w jego doli i niedoli.” Mój rozmówca zakłada, że jego obowiązki patriotyczne wynikają z postawy rządzących i przyjął, że o ile oni  powinni bezwzględnie nas bronić przed obcą inwazją, to on jedynie może ( sic!) to uczynić. Zachęcony przykładem i przekonany o tym, że bierze udział w pospolitym ruszeniu. W tej długiej rozmowie pojawiły się trzy, różne  terminy takie jak: ojczyzna, naród, obywatele/społeczeństwo, które ogólnie definiowały patriotyzm. Dla  mojego sąsiada pojęcie ojczyzny i narodu było zbyt abstrakcyjne i sformalizowane, a  pod wpływem  populizmu zatarło się znaczenie takich kategorii jak:  wspólnota obywateli i solidarność społeczna. „Jeśli bym się bił to o życie swoich najbliższych , o swoją przyszłość, czyli o to, by chronić życie moim bliskim, by być sobą i u siebie. To są konkrety, za które mogę nawet stracić życie.” Czy można mieć pretensję o to, że wyznania te nie brzmią zbyt wzniośle i patriotycznie? Chyba to nie jest ważne, istotne jest  za co naprawdę chcemy się bić, a nie do jakich haseł  się odwołujemy . „A moja mama –dodał sąsiad – to  by się za lewaków nie biła, oczywiście gdyby do tego miało dojść. Dla niej są oni wrogami narodu prawdziwego i katolickiego” Naród  zatem  też podlega przewartościowaniu, przynajmniej w opinii części obywateli. Przy tym dla większości emigrantów  istnieją tylko małe ojczyzny, utożsamiane z wioską, miasteczkiem ub miastem, gdzie się urodzili. Dla nich  drugą ojczyzną został ten kraj, który  sami wybrali i gdzie zamieszkali.  Rozmawiamy tutaj o konkretnych, moralnych przekonaniach i wyobrażeniach ojczyzny, narodu czy wspólnoty obywatelskiej nie konfrontując ich ani z Konstytucją ani z zapisami prawa. Warto w  tej sytuacji zadać sobie dwa pytania: co decyduje o postawie patriotycznej: intencje i pobudki czy waleczność? oraz kim jest patriota w okresie pokoju a kim w okresie wojny?

 Jeśli patriotyzm oznacza działanie na rzecz dobra wspólnoty ( jej wolności i interesów) pojętej jako naród ( całość i jedność), to jasno z tego wynika, że patriotami są wszyscy, którzy ją  budują. W postawie, czynie i poczuciu współodpowiedzialności. Fałszywy jest propagandowy patriotyzm zwrócony przeciwko całej wspólnocie, a preferujący tylko wybraną grupę obywateli. Polska literatura, czy szerzej sztuka, odwoływała się do takich symboli patriotyzmu jak: bohaterskie poświęcenie się w obronie ojczyzny i  poniesienie najwyższej ofiary z własnego życia. Czego wymownym  świadectwem stały się narodowe powstania i walka konspiracyjna. Przeciwieństwem tej męczeńskiej i bohaterskiej wizji patriotyzmu były zdrada ojczyzny czy wyrzeczenie się własnego narodu (opisany poprzednio przypadek wzajemnych oskarżeń ze strony Iwaszkiewicza, Miłosza i Herberta).

Patrioci, zdrajcy i ich krytycy

Kim Pan jest Panie Iwaszkiewicz, Miłosz i Herbert?

3. Zdrajcy, kolaboranci i ich nietrzeźwi krytycy

wszyscy oni, cały ich świat , jest jakąś plątaniną kłamstw, pół –prawd, unurzania w niejasnym albo jasnym świństwie, plotek, nieznanej granicy między towarzyskością a ubiactwem.[…]. Co do Herberta , to właściwie można zapytać kim jest […].”( list Miłosza do J. Giedroycia).

Miłosz wyrzekł się świadomie patriotyzmu w czystym jego znaczeniu, ojczyzny wreszcie, uczynił brak Tożsamości motorem swojej poezji.” ( frag. Eseju Herberta)

Zacznijmy nasze rozważania o patriotyzmie od cytowanej powyżej opinii Herberta, przekonanego o tym, że obowiązkiem poety-wieszcza jest dochowanie wierności ojczyźnie. Obowiązkiem, z którym wiąże się podwójna miara tożsamości; narodowej i moralnej. Pierwsza jest wyrazem solidarności z cierpiącym narodem i jego dziejami, druga ze sobą, a więc z  miejscem urodzenia, zakorzenieniem w języku i w kulturze. Przekładając tę formę zobowiązań na formalne definicje patriotyzmu, to należy mówić o jednostkowej więzi z dobrem narodu. Od razu pojawiają się pytania o to, czy to jest rzeczywiście obowiązek czy wolny wybór takiej postawy, za którą kryją się różne możliwe sposoby realizacji patriotyzmu. Przy tym nasuwają się dwie uwagi ; patriotyzm oznacza postawę jednostki w stosunku do ojczyzny i narodu. Czy zatem historia dotyczy Polski czy narodu polskiego? Opisując dzieje Polski bierzemy pod uwagę historię narodu, a nie historię narodową. Na czym polega patriotyzm? Na poświęceniu i walce, na pracy u podstaw, czyli rozwoju gospodarki i nauki ( dobrobyt i wyższy poziom cywilizacyjny), a może na solidarności z najbardziej potrzebującymi? O tym przesądzają z jednej strony okoliczności ( wojna-czas pokoju), a z drugiej dominujące w danym czasie ideologie, wspierane przez partie polityczne i przez reprezentujące je media. W ich ramach patriotyzm staje się ideą i narzędziem. Idea narzuca bezgraniczną i bezwarunkową identyfikację z określoną ideologią patriotyczną, jest również niezastąpionym narzędziem w sterowaniu emocjami społecznymi. Wszyscy, którzy nie popierają takich poglądów i nie identyfikują się z tak rozumianą postawą patriotyczną są wrogami społeczeństwa, narodu, ojczyzny. Kim jest wróg? Zdrajcą wspólnej sprawy,kimś kto wyparł się ojczyzny, wybierając życie wolne od „od sankcji obowiązków”, dla Herberta był nim Miłosz. Reakcja Miłosza na te pomówienia daje do myślenia i nie odnosi się tylko do tego, konkretnego przypadku „Paszkwil jest obrzydliwy […] ale oczywiście jest dziełem człowieka chorego i nic tu nie można zrobić.” A kolaboracja? Wracamy do oskarżeń Iwaszkiewicza ze strony Miłosza o sympatię do władz komunistycznych w PRL-o bycie „pupilkiem” tejże władzy i czerpanie z tego rozlicznych korzyści. Czy ta forma współpracy, jaką uprawiał Iwaszkiewicz z aparatem partyjnym, była zdradą woli narodu, a więc godną napiętnowania postawą anty-patriotyczną? Jest to kwestia złożona, ponieważ odwołując się do ‘patriotyzmu w czystej postaci”, o którym pisał Herbert z pewnością Iwaszkiewicz był-anty-patriotą układając się z komunistyczną władzą. Z kolei rozważając słowa Miłosza o tym, że może istnieją inne wymiary patriotyzmu można przyjąć, że tworzenie międzyludzkiej, duchowej wspólnoty – czym zajmują się wybitni pisarze i poeci-  jest dopełnieniem i swoistym uzupełnieniem patriotyzmu ponieważ chroni go przed szowinizmem. Historia wszystkich narodów jest zawsze odbiciem losu jednostki, w której Iwaszkiewicz, Miłosz i Herbert „ jak nauczyciel […] prowadzi leniwego ucznia na Sąd Ostateczny.” ( Z. Herbert, Śnił mi się znowu Miłosz)

Iwaszkiewicz i Herbert oskarżają Miłosza o zdradę

Zdrajcy, kolaboranci i ich nietrzeźwi krytycy

2. „A z tobą kotku nie mogę się przywitać

Przyjaźń Iwaszkiewicza z Miłoszem obfitowała w mniej czy bardziej przyjemne wydarzenia, na których negatywnie zaważyła zdrada Miłosza, związana z jego ucieczką do Francji. Ale krytyka Miłosza i oskarżenia o jego anty-patriotyczną postawę miały swoją długą historię, zaplątaną w przedwojenną politykę, w stosunek do Narodowej Demokracji, do powstań, walk o niepodległość, wypominano mu jego sympatie pro-komunistyczne. Sam autor „ Traktatu moralnego” przyznał, że „patriotą w sensie polskim […] nie jestem, ale może są inne rodzaje patriotyzmu.[…] polskie pojęcie patriotyzmu ludzi zwęża i pęta.” Miłosz chce służyć polskiej literaturze, a nie Polsce w jej mitycznym zrywie narodowym. O czym pisze we wszystkich swoich autobiograficznych tekstach, powołuje się na różne fakty ze swojego życia  i konsekwentnie dystansuje się od przyjęcia na siebie roli wieszcza narodowego. Ucieczkę Miłosza z Polski Ludowej ( 1951)Iwaszkiewicz w liście do żony ocenił jako „najwyższe świństwo, jakie może być.” Zarzucał swojemu byłemu przyjacielowi, że nie chciał podzielać losu Polaków po wojnie , a co jest przecież czymś, co „winno być nas wszystkich udziałem.” Zarzucał Miłoszowi egoizm i oportunizm, z biegiem lat pojednał się z poetą, którego twórczość Iwaszkiewicz bardzo cenił. Rozważmy tę sytuację w kategoriach zdrady jako emanacji idei patriotyzmu; Miłosz wybierając powtórnie los emigranta (pierwszy raz, kiedy opuścił Litwę i przyjechał do Polski)  godzi w trzy narodowe mity: odpowiedzialności wieszcza, jego wierności i solidarności z losem narodu. Sam poeta przez lata tłumaczył swój wybór niezależnością twórcy, dla którego punktem odniesienia jest uniwersalna kultura, a nie polityka uprawiana w „ paranoicznym i chorym narodzie”. Ta ostra krytyka narodu i jego przegranych powstań i walk o niepodległość, jego bezwładności i dumy z męczeństwa wywoływała u wielu oburzenie, a sam Miłosz stał się przedmiotem personalnych ataków. Trudno się temu dziwić, bo po wojnie trwał proces rozliczeń, prowadzony zarówno przez organy władzy ludowej jak i przez samo środowisko literackie. Podobnie jak młody Miłosz zafascynowany był twórczością Iwaszkiewicza tak młody Herbert cenił poezję Miłosza. W 1968 doszło pewnego lipcowego dnia do wielkiej awantury między Herbertem a Miłoszem, której znaczenie dobrze określił Franaszek””symbolicznie spotkały się dwie Polski.” Żona Herberta tak tę kłótnię skomentowała „ Ten spór był [..] sporem dwóch pijaków, którzy popili i prowokowali się nawzajem.” Pijany Herbert zarzucał Miłoszowi nienawiść do Polski przedwojennej, do Powstania Warszawskiego i AK . Oskarżenia dotyczyły nie tylko zdrady wobec okupowanego narodu polskiego, ale również stosunku do powojennego aparatu partyjnego oraz do rządów komunistycznych. Nietrzeźwy Miłosz nie szczędził swojemu „ uczniowi” złośliwych uwag, próbując bez powodzenia wyłożyć swój światopogląd w sposób spójny i co ważniejsze, przekonywujący. Już wtedy orientacja lewicowa i prawicowa, katolicka i socjalistyczna, nacjonalistyczna i szowinistyczna, rasistowska i antysemicka znaczyły dla każdego z nich co innego i niosły ze sobą różne wartości. Na ich podstawie wzajemnie sobie zarzucano ciasny patriotyzm utożsamiony z postawą nacjonalistyczną i antypatriotyzm zwolenników komunistycznej władzy. Dla Herberta antykomuniści reprezentowali polski patriotyzm, dla Miłosza byli to ślepi szowiniści. Niemniej jednak przyjacielskie więzy, jakie łączyły obu poetów, zostały jeśli nie zerwane, to przynajmniej zawieszone. Minęło od tej awantury kilkanaście dni, kiedy Herbert napisał do Miłosza „chcesz czy nie chcesz będę Cię prześladować moją dziwną miłością do końca życia […].Proszę, bądź dla mnie wspaniałomyślny i wybaczający.”    

Kolaboracja czy kompromis? Zdrajcy, kolaboranci i nietrzeźwi oskarżyciele

I. Miłosz oskarża Iwaszkiewicza, swojego mistrza i przyjaciela z czasów młodości.

      W wielu swoich tekstach Czesław Miłosz wracał do wspomnień i uwag na temat wieloletniej znajomości z Iwaszkiewiczem. Od czasu, kiedy 19-letni Miłosz zawitał na Stawisku po wysłaniu tylekroć już cytowanego listu, zaczynającego się od wyznania młodziutkiego poety do starszego kolegi: „Uwielbiam Pana…”.

      Czesław Miłosz po śmierci Iwaszkiewicza powiedział o nim, że po wojnie jego stosunek do władzy ludowej można określić jako rodzaj „kolaboracji” i dodał „kompromisu”. Nie jest to odosobniony osąd – wiele osób związanych w latach 50–80 XX wieku z kulturą podziela opinię Miłosza. Iwaszkiewicz był prezesem ZLP (w latach 1959–1980) i nie tylko pomagał swoim współpracownikom i pisarzom, ale też redagował najbardziej niezależne literacko pismo lat 60., jakim była „Twórczość”.

      Iwaszkiewicz nikogo nie skrzywdził, pomagał ludziom, korzystając ze swoich wpływów w KC. Biorąc to pod uwagę, Miłosz przyznał, że Iwaszkiewicz miał osobowość niezwykle złożoną i był przy tym wielostronnie utalentowany. Tym większe jego zdziwienie budzi fakt, że w jednym okresie swojego życia postępował mądrze, a w innym głupio.

      Warto dodać, że w tym felietoniku nie chodzi mi o przypominanie odległych historii, ale – jakby powiedział Nietzsche – o archeologię takich ocen i wynikającą z nich dwuznaczność postaw wielkich twórców, uznanych za niepatriotyczne. Rozpatrywane zarówno w wymiarze politycznym, jak i moralnym – te pierwsze podlegają relatywizacji w innych, historycznych epokach, a te drugie odnoszą się do konkretnych wyborów podjętych w konkretnych życiowych sytuacjach.

      Uwagi te dotyczą wybitnych pisarzy uwikłanych w historię i w politykę, której nie wybrali, a jednak to właśnie oni są publicznie oceniani i przywoływani do obowiązków względem narodu. Kolaboracja Iwaszkiewicza z komunistyczną władzą wynikała, jak sądzą krytycy, z poglądów pisarza, mających swoje źródło w jego biografii. Pisał Franaszek, że „Obok Historii i Socjologii jest też Dusza Pisarza” – z jego umiłowaniem życia, rozpamiętywaniem śmierci i miłości.

      Kolaboracja Iwaszkiewicza, jak ocenia Jacek Trznadel, uwiarygodniała władzę ludową, a przyjmowanie nagród i wyróżnień z rąk przywódców polskich i radzieckich niektórzy traktowali jako jawną zdradę. Miłosz, pisząc o kolaboracji Iwaszkiewicza, odwołał się do ugody, kompromisu, jaki zawarł pisarz z powojenną władzą, sam uznając, że taka jest potrzeba chwili.

      Jednocześnie Iwaszkiewicz świadomie został w Polsce Ludowej, przekonany o tym, że na tym polega jego powinność pisarza i obywatela. Był patriotą czy kolaborantem, był konformistą, ketmanem czy człowiekiem kierującym się realną oceną sytuacji i opowiadającym się za absolutną wartością życia wobec przemijającej historii?

      W zapisanej rozmowie Iwaszkiewicz wyznaje, że dla niego bycie Polakiem jest ważniejsze niż fakt, że jest pisarzem. Przecież w domu, w Stawisku, „tai się i chowa wszystko […] cała moja namiętność życia i miłości.”

      Kogo i co zdradził Iwaszkiewicz? Wolę narodu, idee narodu, czy interes narodowy? (trzy definicje patriotyzmu, o których pisał Andrzej Walicki). Sądzę, że przede wszystkim lojalna i ugodowa postawa – nie służalcza! – Iwaszkiewicza godziła w narodowe wyobrażenie pisarza-wieszcza narodowego.

      Dla niego samego ów kompromis był wygodny, korzystał z niego także ZLP, którym kierował, służył więc i polskiej kulturze. Wymagał wielu osobistych umiejętności oraz odporności psychicznej, ale też jakiejś wewnętrznej miary uczciwości, w imię której, chociaż Iwaszkiewicz nie podpisał „Listu 59 intelektualistów”, to zabiegał o uwolnienie jego sygnatariuszy.

      Dylemat: zdrajca, kolaborant, czy rozsądny pragmatyk lub człowiek o duszy dworzanina pozostaje otwarty – w teorii. W praktyce wszystkie te postawy można ze sobą pogodzić i zniuansować, jak tego dowodzi przykład Iwaszkiewicza.

      Dlaczego tak polubiliśmy populizm? Dywagacje filozoficzne

       Nasze codzienne majaki. Chimery i fantazmaty.

      Podczas wielkich katastrof należy starać się żyć dobrze i to jest jedyną gwarancją ocalenia. Co to znaczy? Znaczy to nie grzeszyć myślą przeciwko strukturze wszechświata, która jest rozumna. Grzeszy się, popadając w urojenia, absolutyzując wartości nietrwałe, gardząc naszym umysłem, naprowadzającym nas na ślad matematycznego ładu przyczyn i skutków.” (Cz. Miłosz, Rodzinna Europa, Logos, Warszawa 1981, s.200-201.)

        Rozszerzający się na wszystkie sfery życia populizm zyskuje powszechną akceptację, mimo że kontestuje nasze kulturowe dziedzictwo. Badania socjologów jednoznacznie wskazują na powszechne poczucie bezradności wobec położenia ekonomicznego i egzystencjalnego. nieprzewidywalnego jutra i katastrof, jakie dotykają ludzi już dzisiaj. Stan taki rodzi strach i frustrację albo bunt i złość na codzienne, nierozwiązywalne problemy. Z tysiącem zagrożeń prawdziwych i wymyślonych po to, byśmy żyli w permanentnym strachu, przekonani o narastającym chaosie w państwie i na świecie. Czego najlepszym wyrazem jest codzienne, medialne straszenie wojną i koniecznością zbrojenia się. Nie przeprowadza się żadnych masowych szkoleń ludności, nie ma powszechnie dostępnych instrukcji,  jak się zachować w przypadku inwazji i klęsk żywiołowych. Jak się zabezpieczyć, gdzie się schronić przed nadchodzącym Armagedonem. Rozczarowanie to kolejny poziom emocji, który potęguje złość, bo ktoś nas oszukał, bo ktoś (coś) skazał nas na los ofiary. Niepewność, obok poczucia totalnego zagrożenia, staje się doświadczeniem milionów ludzi, czemu towarzyszy przekonanie o braku realnych działań ze strony odpowiednich instytucji i służb. Życie publiczne zasłania kurzawa afer i skandali nagłaśnianych przez media i komentowanych przez polityków ( czyli ludzi, których pozycja i kariera partyjna uzależniona jest od aktywnego udziału w tej hucpie). Ludziom pozostają złudzenia, że nareszcie znaleźli spolegliwych przywódców, którzy wyzwolą ich ze wszystkich lęków i odzyskają swoją ojczyznę (najpierw im wmówiono, że ją utracili), a wraz z nią pokonają jej /swoich wrogów.

       Sytuację te można opisać z innej strony, korzystając z diagnoz filozoficznych. Adam Węgrzecki zwraca uwagę na to, że dla człowieka sensowność świata opiera się na wartościach i że status tak rozumianej sensowności jest względny i ograniczony. „W przeświadczeniu […] podmiotu osobowego sensowność zastana wykazuje braki czy luki i wymaga zmian. Rodzi się w nim pewien niedosyt aksjologiczny […] Nie pozwala ono w pełni zaakceptować świata wykazującego tylko taką sensowność. Sytuacja ta zmusza podmiot osobowy do poszukiwania jakiegoś rozwiązania.[1]. Indywidualny i zbiorowy podmiot zajmuje określone stanowisko wobec aksjologicznie ograniczonej sensowności świata i można go sprowadzić do trzech postaw: 1.zgody na taki świat, która jest potwierdzona aktem rezygnacji z jego modyfikacji, 2.braki aksjologiczne, jakie dostrzega się w tymże świecie uśmierzane są w sposób iluzoryczny, 3. pragnienie unicestwienia tego świata lub przeczucie katastrofy, która go zniszczy. Świat, życie publiczne i społeczne odbiera się więc emocjonalnie, rozpoznając w nich albo samo zło albo ten zbiór ograniczonych wartości, który wymaga uzupełnienia, wzbogacenia.  

       Czym bardziej wspomniane braki wiążą się z globalnymi procesami, tym łatwiej ludzi przekonać, że złowrogie siły (np. spiski lewackie albo liberalne) powołane zostały do tego, by nasz świat runął. W takich krańcowych sytuacjach na racjonalne problemy człowiek odpowiada irracjonalnymi wyborami i działaniami, bo kieruje nim poczucie bezradności, strachu i złości, wywołanej przez zagrożenia, których nie potrafi ani nazwać ani zidentyfikować. Co sprawia, że tak łatwo poddajemy się zewnętrznemu sterowaniu, bo w tym stanie człowiek staje się podatny na magię słów i haseł.

       Podsumujmy; kto ponosi odpowiedzialność za obecny rozkład społeczeństwa, jego plemienność, za coraz bardziej chimeryczne państwo, za majaki populistów i w końcu za nasze, masowe fantazmaty? Jak zwykle bierzemy w tym udział razem z władzą, opozycją, mediami i instytucjami publicznymi. Żadne społeczeństwo nie jest w pełni odporne na zastane kryzysy oraz te sztuczne, wywołane medialnie. Pomimo tego wciąż jeszcze możemy wybierać: albo uczestniczmy w budowie jutrzejszego świata albo oddajemy go we władzę politykom. Dopóki możemy i chcemy jeszcze wybierać…


      [1]     A. Węgrzecki, Zarys fenomenologii podmiotu, Ossolineum Kraków 1996 s.117.,

      Rodzinna Europa – coś się kończy i coś się zaczyna

      Rodzinna Europa przebywała we mnie ze swoimi górami; lasami i stolicami i ta mapa uczuciowa przesłaniała zbyt doraźne kłopoty.” (Cz. Miłosz, Rodzinna Europa, Logos, Warszawa 1981, s..310)

        Zacznijmy od banalnych stwierdzeń; każde pokolenie jest  uczestnikiem swojej zbiorowej historii, strażnikiem swojej pamięci i sprawcą swojej mitologii. Jeszcze jednej, tworzącej kolejne indywidualne i zbiorowe wizje rodzinnej Europy. Symbolu domu i budowy, symbolu całości i części, zmieniającego się miejsca i czasu oraz względnie  trwałych  opowieści. Tworzyła  ją  kultura słowa, obrazu i dźwięku, a więc literatura i filozofia, malarstwo i muzyka, architektura i technika. Rodzinna Europa-jedność w wielości czy wielość w jedności, raz jest mirażem a  za drugim razem wymownym, oczywistym, historycznym faktem. Rodzinna Europa ma swoje fundamenty w filozofii i w kulturze starogreckiej, w rzymskim prawie i w chrześcijańskich katedrach i Summach pisanych przez uczonych mnichów. Prawdą jest to także, że  korzeniem idei rodzinnej Europy jest utopia, jest sen o Europie, który nigdy nie wcielił się w jakąkolwiek rzeczywistość. Europa pałaców, ogrodów , wspaniałych bibliotek i uniwersytetów  ma na sumieniu wojny i konflikty, kolonializm i rasizm, nacjonalizm i  rządy absolutne oraz totalitarne,  biedę, kryzysy i prześladowania. Z pewnością Europa w równym stopniu dzieli narody, społeczeństwa i grupy etniczne a także emigrantów jak również ich  łączy. Nie można ani jednoznacznie stwierdzić czym jest ani też przesądzić czym nie jest. Jedno jest pewne, od kilkudziesięciu lat kultura europejska znalazła się na marginesie innych kultur, które ją zdominowały i bez walki przejęły widzów, czytelników czy twórców. Rozróżnienie literatury globalnej i narodowej, europejskiej i klasycznej jasno dowodzi, że i na tym polu  trudno o jasny status rodzinnej Europy. Jesteśmy dzisiaj świadkami kolejnego rozpadu  tej idei osadzonej w  ramach, w jakich była on wyzwaniem w czasach młodości obecnych  70 i 80  latków. By nie wdawać się w rozważania historiozoficzne, warto dodać, że idea rodzinnej Europy nigdy nie została sformalizowana i jej wizja utkana została przede wszystkim z marzeń, tęsknot, z pragnień. Z tego, co oczywiste i zatarte w pamięci, z potrzeby tożsamości i z konieczności zadomowienia się. W tej wydumanej krainie jest jeden stały wątek o odbytej podróży w głąb siebie , który przetrwał w różnych formach literackich i filozoficznych. Wątek ten znalazł swoje najpełniejsze i najdoskonalsze  odbicie w Czarodziejskiej górze, XX wiecznej powieści Tomasza Manna. To była ostatnia lektura śmiertelnie chorego Czesława Miłosza-autora studiów pod zbiorowym tytułem Rodzinna Europa. Nie wdając się w domysły natury metafizycznej, można w tej powieści  odnaleźć  ślady  historycznego dziedzictwa filozofii niemieckiej ( Kant, Nietzsche, Schopenhauer) i muzyki ( w tym przede wszystkim pieśni/ piosenki Schuberta o Lipce). Każda z tych sfer: literackich, filozoficznych i muzycznych jest swoistym rodzajem poznania otwierającym się  nie tylko na różne formy życia, ale też na inne przeżycia własnej cielesności i duchowości, które dopełniają się w kontemplacji. Z tych powodów ta arcy powieść  była tyle razy komentowana, analizowana, konfrontowana z całą pisarską twórczością Manna, ze poprzestanę tutaj na kilku uwagach, „ Życie, duch i czas to dopiero  to dopiero tworzywo, warunki, by zaistniało to, co najważniejsze ; osoba, żywa, konkretna osoba, równocześnie odkrywająca swoją cielesność i przynależność do świata duchowego; by zaistniała nierozdzielna od niej wolność.[1]W tym syntetycznym komentarzu Ewa Bieńkowska znakomicie ujęła wszystko to, co stało się doświadczeniem Hansa Castorpa .  Zarazem jest to przekaz pewnej ludzkiej i filozoficznej mądrości. W której cztery idee stanowią historyczną oś  rodzinnej kultury europejskiej, łączącej  wszystkie epoki począwszy od starożytności do wczesnego modernizmu. Mam na myśli: ideę czasu, ideę  ducha,  ideę osoby i ideę wolności. Czym zatem jest  wizja rodzinnej Europy oparta na wspomnianych ideach? Życiem, które chce siebie zrozumieć, egzystencją, która  sama siebie wyraża w poszukiwaniu tego, co w niej jest i co o niej stanowi? Wyrazem i manifestacją wolnego, osobowego  ducha, subiektywności,  która kształtuje biografię jednostki w jej wyjątkowości i unikalności?

       Wniosek? Rodzinna Europa  jest zawsze dana jako indywidualne doświadczenie i pragnienie, jakie znajdujemy w sobie. Stanowi część naszej indywidualnej tożsamości pod warunkiem, że jest  aktualnym i pożądanym mitem. 


      [1]     E. Bieńkowska, W poszukiwaniu Królestwa Człowieka. Utopia sztuki od Kanta do Tomasza Manna, Czytelnik, Warszawa1981, s.327.

      Ratować życie czy człowieka?

      To, co jest najbardziej przerażające w stanowiskach wielu etyków, to ich przywiązanie do określonej koncepcji czy systemu, a nie do realnych spraw ludzkich. Ten rodzaj oportunizmu  ma swoje konsekwencje w podejściu do kwestii, które są złożone i osadzone w konkretnych  sytuacjach. A więc nie znajdują ani  definitywnych  odpowiedzi ani tym bardziej zasadnej argumentacji, do nich należy np. moralne prawo człowieka do samoobrony przed niezawinioną  agresją lub pytanie czy powinno się za wszelką cenę ratować życie ludzkie ? Od razu warto wyjaśnić, że w tej ostatniej kwestii inne podejście mają placówki lecznicze a inne opiekuńcze. Np. ostatnio rozmawiałam z dyrektorem warszawskiego hospicjum, który mi wyjaśnił, że oni nie mają ani odpowiednich  warunków  ani też  obowiązku, by ratować „za wszelką cenę życia pacjenta”, raczej pozwalają mu odejść. Z drugiej strony,  mój krakowski przyjaciel-wykładowca m. in. etyki i bioetyki- od lat proponuje swoim kolegom, by odwiedzili miejsca, gdzie spotkają się z  przypadkami  nieuleczalnych chorych niemowląt  i dorosłych. Jak do tej pory nikt nie skorzystał z oferty kolegi, ponieważ większość  etyków  głosząc jedynie prawdziwe poglądy o świętości życia ludzkiego boi się, że ulegną perswazji relatywizmu. Tymczasem problem nie tkwi w systemach czy poglądach, ale w podejściu do zagadnień antropologicznych- czy mówimy za człowieka (kim jest, jak powinien żyć i do czego zmierzać) czy razem z nim (jak się sam określa, czego pragnie i do czego dąży)?

      Przyglądając się praktykom szpitalnym  miałam wrażenie,  że ten głęboki rozdział między ratowaniem życia a ratowaniem człowieka wymuszony jest przez  procedury. W szczęśliwych okolicznościach pacjent opuszcza szpital „zdrowszy” a często z odleżynami, z psychicznymi urazami, z fizycznymi dolegliwościami wymagającymi dalszego leczenia. Na własny koszt lub  latami apelując do ludzi dobrego serca a najczęściej  męcząc się do końca życia ze skutkami ubocznymi „wyleczonej” choroby. Sytuacja ta jasno dowodzi, że oddzielenie czynności leczniczych od opiekuńczych prowadzi do swoistego przewartościowania  życia w stosunku do dobra człowieka. Nie wszyscy też –mam na myśli etyków- popierają dostęp pacjentów do środków znieczulających ból. Jeszcze jeden wymowny przykład „oświeconej niewiedzy” etyków, by nawiązać do znanego tytułu dzieła Mikołaja z Kuzy.  Oczywiście można lekceważyć radykalne stanowisko etyków, biorąc pod uwagę ich marginalny wpływ na instytucje publiczne. Bywa jednak tak, że np. politycy czy autorzy szkolnych podręczników, kierując się względami ideologicznymi, sięgają do ich skrajnych poglądów.

       Zdrowy rozsądek podpowiada, że ratowanie zdrowia jest ściśle powiązane z ratowaniem człowieka, że dolegliwości organiczne skutkują bólem i cierpieniem, że klasyczne twierdzenie o jedności psycho -fizycznej  człowieka nie traci na aktualności tylko z czasem wzbogaca się o dodatkowe struktury. Dlaczego więc część etyków głosi bezwzględny prymat życia? Praktycznie z tych samych powodów z jakich szpitale nastawione są na przypadki medyczne, a mianowicie dla wygody, wyeliminowania wszystkich możliwych wątpliwości czy dylematów prawnych i moralnych. Konformizm i oportunizm takich postaw skutkuje mentalnością biurokratyczną, na skutek której cierpi pacjent a wraz z nim  męczy się rodzina szukając dla niego skutecznej pomocy medycznej. Problem nie dotyczy, jak wydaje się, spraw finansowo-kadrowych, ale zasadniczego rozdziału czynności leczniczych od podstawowych, opiekuńczych. Ludzka bieda, o której pisał Tischner, ma dużo wymiarów i źródeł, nigdy nie będziemy dysponowali jako ludzkość taką ilością środków, by jej  zapobiec.  Zawsze jednak  jest czas i powód, by z postawy konformistycznej przejść do postawy odpowiedzialności za życie i dobro człowieka.