Dobrowolni więźniowie

Anno, po co ty i siebie, i mnie tak zamęczasz?

Filozofia, pytając, jak żyć, próbuje sformułować zasady i reguły dobrego życia. Literatura natomiast pokazuje, że życie ludzkie jest nieprzewidywalne. Nie podlega żadnym ścisłym regułom, nie zamyka się w jednym kręgu kontrolowanych przeżyć i doświadczeń. Czy wobec tego można ochronić się przed egzystencjalnymi dramatami za pomocą wiedzy lub szczególnych praktyk? Czy sztuka mądrego życia — niezależnie od tego, jak owo „mądre życie” pojmujemy — może zabezpieczyć człowieka przed upadkiem i egzystencjalną klęską? A może jej skuteczność polega raczej na trosce o siebie: o sposób myślenia, mówienia i działania? Trosce, która ma swoje źródło w poznawaniu samego siebie, własnych możliwości i ograniczeń.

Historia małżeństwa Kareninów, opisana przez Tołstoja, może stać się przyczynkiem do refleksji nad tymi pytaniami. Oboje reprezentują ludzi zajmujących wysoką pozycję społeczną: są inteligentni, wykształceni, bywają na salonach. On jest urzędnikiem należącym do najwyższych rangą w stołecznym ministerstwie, ona zaś wielką damą petersburskiego towarzystwa, pochodzącą ze znakomitej rodziny. Mają za sobą dziewięć lat małżeństwa i uchodzą za parę wyjątkowo zgodną. Sami również tak postrzegają swój związek. Co prawda szwagierka Anny, goszcząc w domu Kareninów, dostrzega w ich wzajemnych relacjach jakiś fałsz. Wroński natomiast, obserwując powitanie małżonków na dworcu, od razu poznaje, że Anna nie kocha męża.

Sama nieodwzajemniona miłość nie musi jeszcze prowadzić do tragedii. Staje się ona niebezpieczna dopiero wtedy, gdy wszystko to, co dotąd było ukrywane i pozorowane, ujawnia się w buncie, konflikcie i walce. Anna buntuje się przeciwko grze w pozory małżeńskiego szczęścia. Popada w konflikt między zobowiązaniami wobec syna, męża i środowiska, konflikt, którego nie potrafi rozwiązać, obawiając się utraty tego wszystkiego, co stanowiło wartość i stabilizację jej życia. Prowadzi więc rozpaczliwą walkę z samą sobą, coraz częściej rezygnując z podejmowania ostatecznych decyzji. W ten sposób pogrąża się w kolejnych konfliktach, szukając ucieczki w kłamstwie i samo zwodzeniu. Powoli „odklejając się” od rzeczywistości, zbliża się do momentu, w którym — jak sama przeczuwa — „wszystko to zostanie okupione przez śmierć” (L. Tołstoj, Anna Karenina, t. III, przeł. Kazimiera Iłłakiewiczówna, PIW, Warszawa 1974, s. 372).

Jej mąż, pewny siebie wyższy urzędnik, przekonany o własnej słuszności i prawości, również nie potrafi znieść konfrontacji z rzeczywistością. Ucieka od niej, nie mogąc jednak opanować bólu, cierpienia i poczucia porażki. Są to uczucia głęboko osobiste, przed którymi Karenin przez całe życie się bronił. Egzystencja miała dla niego przede wszystkim wymiar publiczny, a nie prywatny. Paradoksalnie więc on sam jako konkretna osoba, nigdy nie był przedmiotem własnej troski.

Tołstoj z przenikliwością psychologa pokazuje, że Karenin żył raczej abstrakcyjnym wyobrażeniem życia niż samym życiem. Uzależniony od opinii publicznej, nie próbował samodzielnie rozpoznać wydarzeń dotyczących jego małżeństwa. Traktował życie jako coś na tyle bezładnego i pozbawionego znaczenia, że zajmowanie się jego konkretnym wymiarem wydawało mu się stratą czasu. „Stwierdził z pewnym żalem, że musi poświęcić tyle czasu i sił umysłowych, bez żadnego poklasku, na domowy użytek” (t. I, s. 199).

Z góry zastrzegał, że nie zajmuje się ani uczuciami żony, ani jej sumieniem, lecz wyłącznie obowiązkami wynikającymi z pozycji społecznej, z prawa i religii. Być może dlatego obsesyjnie bał się kobiecych łez — ujawniały one bowiem zupełnie inną, nie urzędniczą przestrzeń międzyludzkich relacji. Taka postawa ułatwiała Kareninowi wspinanie się po szczeblach kariery, okazała się jednak przeszkodą oddzielającą go od pełnego przeżycia własnej tragedii. Kiedy tragedia stała się faktem, przede wszystkim próbował ją zignorować. Zaproponował Annie, by nadal odgrywała rolę szczęśliwej żony wobec opinii publicznej i domowej służby. Taki stan rzeczy nie mógł jednak trwać długo. Karenin cierpiał, lecz nie potrafił zdobyć się na żaden zdecydowany krok. Nie wynikało to z tchórzostwa, lecz z głębokiej bezradności. Bezradność ta jeszcze się pogłębiła, gdy opiekę nad nim i jego duszą przejęła hrabina Lidia.

Można współczuć Annie i jej mężowi, że nie potrafili pogodzić się z utratą ról, z którymi się utożsamiali — zarówno społecznie, jak i indywidualnie. Z różnych powodów oboje okazali się bezradni wobec nowych wyzwań. Nie mogli i nie potrafili wyzwolić się z ram, w których zostali osadzeni. W tym sensie byli dobrowolnymi więźniami własnych wyobrażeń o sobie, swoich społecznych masek i ról, które z czasem zaczęły sprawować nad nimi większą władzę niż oni sami.

Migdałowy uśmiech księcia pana

Czasami warto zajrzeć do eleganckiej i drogiej restauracji, by zobaczyć przy suto zastawionym stoliku Stiepana Arkadjicza księcia Obłońskiego. Przystojny, z dobrodusznym uśmiechem, spokrewniony i zaprzyjaźniony „z połową Moskwy i Petersburga”, powszechnie cieszył się sympatią. Lubiano go za pogodne, wręcz radosne usposobienie, uczciwość i życzliwość okazywaną wszystkim, niezależnie od ich położenia społecznego i materialnego, ponieważ Obłoński był liberałem. Miał także liberalny stosunek do wad innych ludzi. Światowiec, arystokrata, elegant i smakosz. Mąż oraz ojciec sześciorga dzieci. Do swoich pracowników odnosił się po koleżeńsku, a oni darzyli go szacunkiem i nieudaną sympatią. Sam jego widok sprawiał znajomym radość: „w całej jego osobie, w jego pięknej, sympatycznej powierzchowności […] było coś, co po prostu wzbudzało radość i życzliwość u ludzi, którzy go spotkali” (Anna Karenina, t. 1, przeł. K. Iłłakiewiczówna, PIW, Warszawa 1974, s. 35).

Charakter Stiwy – jak nazywali go znajomi – przejawiał się właśnie w tym migdałowym, dobrodusznym uśmiechu. Rzadko zastępował go wyraz bólu czy skruchy, a wtedy Stiepan Arkadjicz promieniał współczuciem i wzruszeniem. Nie stronił od łez, by po chwili powrócić do właściwego sobie pogodnego nastroju. Posiadał zarówno „łatwość zapominania”, jak i „zdolność do absolutnej skruchy” (tamże, s. 98).

Książę tonął w długach i zdradzał żonę, chociaż było mu jej szczerze żal. Kochał swoje dzieci, ale nie troszczył się o ich potrzeby. Żył w przekonaniu, że „na tym właśnie polega cywilizacja, by ze wszystkiego czerpać rozkosz” (tamże, s. 53). Uważał, że sztywne zasady moralne fałszują i upraszczają obraz świata. Moraliści widzą jedynie dwa jego odcienie – dobro i zło. Tymczasem świat ma także inne barwy, które przynoszą radość. Poczucie humoru pomaga je dostrzec. Stiwa wymyśla więc anegdoty, którymi bawi znajomych, zwłaszcza podczas wydawanych przez siebie obiadów. Potrafi zaaranżować salonowe spotkania, na których wszyscy czują się swobodnie. Niewątpliwie książę Obłoński, tak jak przedstawia go Tołstoj w Annie Kareninie, posiada niezwykły wdzięk osobisty i towarzyski. Czy był jednak zdolny przejść od życia „ładniutkiego” do „pięknego”? Można mieć co do tego uzasadnione wątpliwości.

Mimo wszystkich swoich słabości Obłoński z pewnością nie zasługuje na potępienie. Przeciwnie – wydaje się, że potrzebujemy ludzi o szczerym i życzliwym usposobieniu. Dobrodusznych, pogodnych lekkoduchów, którzy wnoszą w życie innych swój migdałowy uśmiech. Nawet jeśli znamy ich wady, gotowi jesteśmy wiele im wybaczyć za pogodę ducha i dobroduszny sposób bycia. W tej pobłażliwości kryje się pewien paradoks. Zwykle cenimy ludzi za ich poważny i odpowiedzialny moralnie stosunek do życia, a jednak chętniej przebywamy w towarzystwie Obłońskich niż Lewinów. Ci ostatni swoimi skrupułami moralnymi wprowadzają nastrój powagi, a czasem nawet trwogi. Potępiają, oskarżają, wypominają. Odbierają życiu część uroków, które wnosił Stiwa: humor, pogodę ducha, radość, szczerość, życzliwość, dobroduszność i wdzięk osobisty.

Można z tego wnosić, że potrzebujemy autorytetów moralnych, ale lubimy Obłońskich. O czym to świadczy? Zapewne również o tym, że natura ludzka jest płynna i bogata, dlatego nie mieści się w jednym schemacie ocen. Pięknie i mądrze pisał o tym Tołstoj w swoim Dzienniku: „Jednym z najważniejszych błędów w sądach o człowieku jest to, że […] określamy człowieka    jako mądrego, głupiego, dobrego, złego […], a człowiek to wszystko i [są w nim] wszystkie możliwości, jest płynną substancją […]” (Dzienniki, t. 2, pod datą 19 marca 1898).

Czułość, życzliwość i radość życia są więc tymi wartościami, które cenimy sobie na równi z moralną prawością. A migdałowy uśmiech Obłońskiego przypomina, że żadnego człowieka nie można sprowadzić ani do katalogu jego zalet ani do rejestru jego win.

Uczciwa rozmowa

Zdarzają się pouczające, choć z pozoru błahe opowieści. Pokazują one między innymi, że bliscy sobie ludzie mogą radykalnie różnić się w swoich ocenach, mimo że kierują się dobrymi intencjami. Dlaczego tak się dzieje? Być może przywołana historia pomoże odpowiedzieć na to pytanie, a przynajmniej lepiej je naświetli.

Przyjaciółka poprosiła swoją bliską znajomą o zaopiekowanie się nowym psem. Ta chętnie się zgodziła, ponieważ lubi zwierzęta. W ciągu dnia wyszła jednak na chwilę zrobić drobne zakupy. Kiedy wróciła, zauważyła, że pies podrapał drzwi wejściowe. Uszkodzenia były niewielkie, ale widoczne. Właścicielka psa zadeklarowała wówczas, że zwróci koszty naprawy. Minął rok. W tym czasie drzwi nadal spełniały swoją funkcję, jednak właścicielka postanowiła wymienić je na nowe. Po zakupie i montażu nowych drzwi zwróciła się do znajomej z prośbą o zwrot całej poniesionej kwoty – dwóch i pół tysiąca złotych. Nie padło przy tym głośno pytanie: czy była to uczciwa transakcja?

Obie kobiety znają się od czterdziestu lat i od dawna wspierają się w trudnych sytuacjach. To właśnie wieloletnia przyjaźń sprawiła, że żądana kwota została zwrócona. Jednak wątpliwości pozostały.

Etycy zwracają uwagę, że w podobnych sytuacjach warto uwzględnić kilka elementów: okoliczności zdarzenia, intencje sprawcy, wartość przedmiotu sporu oraz proporcję między wyrządzoną szkodą a wysokością odszkodowania. Równie ważne jest jednak to, jak sami rozumiemy dane wydarzenie oraz jak je przeżywamy i doświadczamy. Nasze oceny moralne zależą nie tylko od faktów. Wpływa na nie również indywidualna hierarchia wartości. Zmienia się ona na dwa sposoby: poprzez zmianę ważności poszczególnych wartości oraz zmianę zakresu tego, co uznajemy za dobro lub zło. W efekcie każdy z nas przyjmuje własną miarę wartości, uznając jedne za ważniejsze od innych – zależnie od sytuacji i okoliczności. Jak pisał Władysław Stróżewski: „Każdy jest dobry, szlachetny, dzielny […] na swój własny sposób, który niekiedy zaskakująco może się różnić od innych ludzi realizujących te same wartości” („Aksjologiczna struktura człowieka”, w: O wielkości. Szkice z filozofii człowieka, Znak, Kraków 2002, s. 30).

Oceny moralne nie opierają się na matematycznej ścisłości, lecz na przekonaniu, że w danej sytuacji należy postąpić właśnie tak, a nie inaczej. Jedni próbują takie przekonania racjonalnie uzasadniać, inni poprzestają na intuicji moralnej. Dopiszmy więc dwa alternatywne scenariusze do opisanej historii. W pierwszym właścicielka psa zgadza się pokryć jedynie połowę kosztów nowych drzwi, argumentując, że niewielkie uszkodzenie nie uzasadniało tak kosztownej inwestycji. W takim przypadku albo obie strony obdarzają się wzajemnym zaufaniem, albo powołują niezależnego rzeczoznawcę. Wówczas spór przenosi się na płaszczyznę obiektywnej oceny szkody. W drugim scenariuszu właścicielka psa odrzuca odpowiedzialność, twierdząc, że znajoma nie powinna była zostawiać zwierzęcia samego w mieszkaniu. Skoro podjęła taką decyzję, musiała liczyć się z możliwością zniszczenia mienia. W tym wariancie pole do negocjacji praktycznie znika, a konflikt może zostać rozstrzygnięty już tylko na drodze sądowej.

W rzeczywistości spór dotyczy czegoś głębszego. Chodzi o to, jak obie strony rozumieją związek między uczciwością, sprawiedliwością i przyjaźnią. Dla znajomej zwrot pieniędzy jest oczywistą miarą uczciwości. Dla właścicielki psa zapłata całej kwoty stanowi wybór mniejszego zła. Większym byłaby utrata wieloletniej przyjaźni. Obie są przekonane o swojej uczciwości, choć odmiennie rozkładają akcenty. Dla jednej ważniejsza okazuje się sprawiedliwość, dla drugiej – przyjaźń. Czy można pogodzić te stanowiska?

W sporach moralnych nie dysponujemy uniwersalną metodą rozwiązywania wszystkich konfliktów. Dobra wola, zdrowy rozsądek i życiowe doświadczenie ułatwiają jednak rozmowę prowadzącą do porozumienia. Ponieważ – jak zauważa Stróżewski – „struktura wartości jest dialektyczna” (tamże, s. 29), pozostaje ona otwarta na dialog. W jego trakcie obie strony przedstawiają swoje racje, próbując nie tylko obronić własne stanowisko, lecz przede wszystkim zrozumieć, czego naprawdę dotyczy spór i co je różni w ocenie tego samego wydarzenia.

Czy dobro zawsze przezwycięża zło?

Odpowiedź Lwa Tołstoja

„ja go nienawidzę za jego cnotę. […] Czy ty uwierzysz, że wiedząc, jaki jest dobry, jaki przezacny człowiek, że niewarta jestem nawet tyle, co jeden jego paznokieć-mimo to nienawidzę go. Nienawidzę za jego wspaniałomyślność! (L. Tołstoj, Anna Karenina, t.2, przeł. K. Iłłakiewiczówna, PIW, Warszawa1974, s.262)

Św. Tomasz napisał, że dusza ludzka nie siwieje. To samo można powiedzieć o wielkiej literaturze, że ona się nigdy nie starzeje. Zawsze mówi do nas, zmuszając do przemyślenia od nowa m. in. utartych schematów moralnych. Takich jak ten, który pojawia się w Annie Kareninie wraz z pytaniem jak można nienawidzić męża, który wybacza żonie zdradę i pragnie zapewnić jej szczęście? Jak to możliwe, że dobro nie prowadzi do przezwyciężenia zła.? Tołstoj opisuje złożone relacje, jakie łączyły Annę z mężem i kochankiem.  Kochankowie: Anna i Wroński mają świadomość tego, że dopuszczają się zdrady. Każde z nich z tego powodu cierpi. Wiedzą jednak, że inaczej być nie może. Przynajmniej do czasu, kiedy Karenin zgodzi się na rozwód. Tołstoj ściera ze sobą i porównuje różne doświadczenia i odcienie moralności. Moralności, która prowadzi od jasnych sądów do mrocznych stanów niepokoju i chaosu emocjonalnego. Stało się to wtedy, kiedy Karenin wspiął się na wyżyny ludzkiego miłosierdzia. Przebaczając niewiernej żonie, bez stawiania dodatkowych warunków. Chora, leżąca w gorączce poporodowej Anna okazała szczerą skruchę.  Karenin jej przebaczył, kierując się litością i współczuciem.

Okazało się jednak, że wszyscy bohaterowie tej podniosłej sceny popełnili pomyłkę. Bo Anna nie umarła i musiała zmierzyć się z moralnym wyzwaniem, jakie rzucił jej mąż. Inny wydźwięk moralny ma zdrada kukły – jak pogardliwie nazywała męża– a czymś zgoła innym jest zdrada człowieka szlachetnego i wspaniałomyślnego. Anna znalazła się pod pręgierzem cnót i dobroci, jakie po raz pierwszy okazał jej mąż. Boleje nad tym, że nie umarła. Akt wybaczenia skierowany był do umierającej żony. Anna nienawidzi Karenina za jego wspaniałomyślność. Relacja ta ma jeszcze głębsze korzenie, żona Karenina była kobietą inteligentną i wrażliwą. W konfrontacji z jego dobrocią Anna czuła się występna. Doświadcza w jego obecności zarówno swojej winy jak i upokorzenia. Karenin jest zdruzgotany widząc, że żona się go boi i nienawidzi. Jego życiowa sytuacja stała się jeszcze trudniejsza. Dla Wrońskiego, ukochanego Anny, mąż do tej pory był tylko przeszkodą w ich relacji, kimś, kto nie zasługiwał na to, by być razem z Anną. Wybaczenie ze strony Karenina odnosiło się też do Wrońskiego. Sprawiło, że kochanek Anny doznał silnego uczucia poniżenia i wstydu „w takich okolicznościach ludzie palą sobie w łeb…- żeby uniknąć wstydu.” (tamże, s.250) Wroński zdecydował się na ten desperacki czyn. Przeżył, podobnie jak i Anna. Chybił, strzelając do siebie.  Nienawiść Anny do męża okazała się dla niej samej uczuciem destruktywnym. Wroński wrócił do swojej pierwotnej roli już bez obciążeń i moralnych wątpliwości. A Karenin „Czuł, że w odpowiedzi na to gniew mu powstał w duszy […], który mącił jego spokój i niszczył całą zasługę płynącą z ofiary.” (tamże, s.260)

Tołstoj sugeruje więc, że dobro nie tyle zwycięża zło, ile je demaskuje. Ujawniając przed Anną i Wrońskim prawdę o ich związku. A Karenin przekonał się o tym, że wspaniałomyślność jest za trudna do udźwignięcia.  Wszyscy trzej bohaterowie ponieśli klęskę osobistą, ale Karenin i Wroński doświadczyli też zwycięstwa. Pierwszy kierując się odruchem serca i wybaczając. Drugi uwalniając się od poczucia wstydu i upokorzenia. Anna nie miała gdzie uciec od siebie. Nie znalazła też w sobie siły, by zmierzyć się z konsekwencjami swoich wyborów.

Złośliwa czy nieszczęśliwa maszyna?

To nie człowiek, to maszyna, a gdy się rozgniewa, to w dodatku złośliwa maszyna […]” L. Tołstoj, Anna Karenina, t.1, przeł. K. Iłłakowiczówna, PIW, Warszawa 1970, s.261.

Filozofia i literatura niczym Paweł i Gaweł w jednym domku stoją, dopełniając się i zarazem tocząc boje o to, która z tych dziedzin jest ważniejsza i bardziej wpływowa. Zarzućmy spory o to, czy literatura, czy filozofia jest bardziej wiarygodna w swoich opisach i charakterystykach tzw. rzeczywistości. Ogólnie, etyce filozoficznej brakuje instrumentów, by opisać całą różnorodność świata, życia, ludzkiej kondycji. Jej celem jest szukanie tego, co stanowi uniwersalną wiedzą o człowieku, o jego naturze, jego sprawczości i co przekłada się na porządek norm i wartości. Stanowi to swoiste rusztowanie dla literatury, która zajmując się indywidualnym losem człowieka, korzysta z niego na dwa sposoby: podważając formy i treści tych porządków oraz powołując się na nie, po to by je skonfrontować z innymi, życiowymi praktykami. Przykład, który wydaje mi się nader interesujący, to postać i dzieje Karenina opisane przez Tołstoja w Annie Kareninie. Wyższy urzędnik ministerstwa w zapiętym surducie z dokumentami pod pachą, przypomina Kantowski wzór człowieka obowiązku. Jego mundur ma symboliczne znaczenie; świadczy bowiem o randze i społecznej godności, ale też szczelnie izoluje od życia, a więc „czegoś nielogicznego i bezsensownego”. (s.197, t.2).  Od poczucia klęski, od bólu wynikającego z doznanego poniżenia na skutek zdrady żony. W swoim urzędniczym kodeksie Karenin nie mógł znaleźć na to wszystko odpowiedniego paragrafu. Pogardzony maż, jeden z najbardziej znanych i szanowanych obywateli Petersburga, wybacza żonie i jej kochankowi swoją krzywdę i poniżenie. Czyni to na prośbę swojej chorej, zagrożonej śmiercią żony. Wybacza, kierując się współczuciem. „[…] ujrzałem ją i przebaczyłem. Wówczas szczęście wynikłe z przebaczenia wskazało mi mój obowiązek […] winienem stać przy niej i uczynię to. (s.250, t.2)” To dramatyczne i wzruszające wyznanie można próbować zinterpretować, odwołując się do Kantowskiej koncepcji wzniosłości jako uczucia władzy nadzmysłowej. To sąd a zarazem uczucie, z którego wyłania się poczucie obowiązku z jego bezwzględnością, nie przekładające się na żadną wymierną korzyść. Przebaczenie jest czymś więcej niż tylko reakcją rozumową czy emocjonalną, ponieważ jest odruchem serca. Przewyższającym wszystko: poczucie krzywdy, poniżenia czy odrzucenia. Przebaczenie nie zamyka się w jednym akcie, nie ogranicza się do jednej tragicznej sytuacji.  Duchowa radość, jaką Karenin przy tym odczuwał nie mogła przecież stale trwać „Czuł, że poza dobrą, duchową siłą, kierująca jego duszą, istniała inna, brutalna[..] jeszcze potężniejsza. […] Czuł, zwłaszcza jak nietrwałe i sztuczne są stosunki z jego żoną.” (s.253, t.2).

Filozofia pomaga w ujęciu, nazwaniu i zrozumieniu znaczenia różnych ludzkich postaw i stanów zarówno tych wzniosłych jak i naturalnych. Zawodzi jednak, kiedy porządkuje ludzkie czyny według racjonalnych, abstrakcyjnych kategorii, za pomocą których dokonuje ocen moralnych. Karenin jest szczery, kiedy przebacza żonie i jest równie szczery wobec siebie, kiedy tego aktu żałuje. Duchowa radość przeplata się u niego z narastającym duchowym rozgoryczeniem. Mąż Anny wybiera to, co narzuciło mu codzienne życie, społeczeństwo i gniew, jaki odczuwał coraz częściej i coraz silniej. Dodajmy, że do domeny literatury należy to, by opisać stan wewnętrznego rozdarcia Karenina w sposób najbardziej wiarygodny i przekonywujący. Rezygnując z moralizowania na rzecz ludzkich zmagań ze sobą, wewnętrznych niepokojów i bólu. Cierpi człowiek, który czuje się upokorzony, a mimo to zachowuje godność. Doświadczył bowiem całej ludzkiej wielkości jak i małości i nie wyparł się siebie.

O trzech błędnych rycerzach filozofii i szklaneczce wina

Czyż nie bezie ci miło pisać gęsim piórem przy świecach? Czyż nie chcesz, jak Faust zasiąść nad retortą i żywić nadzieję, że uda ci się stworzyć nowego homunkulusa?”, M. Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, przeł. I. Lewandowska, W. Dąbrowski, Czytelnik 1973, s.435.

Spotkało się w zaświatach trzech filozofów i pogawędziło sobie przy szklaneczce przedniego wina.  Pierwszy z nich był dostojny, atletycznie zbudowany i bardzo pewny siebie. Rozprawiał o duszy, o jej doskonałości i ideach z taką swadą, że wszystkich zachwycił. Mówił ładnie jak aktor, modulując głos i odpowiednio gestykulując. W swoim życiu cenił przede wszystkich władzę polityczną. Ilekroć po nią sięgał sam lub za pomocą swoich uczniów, to ponosił sromotną klęskę. Raz musiał nawet uciekać, kiedy chciał zawładnąć miastem i jego mieszkańcami. Człowiek dobrego rodu, uchodzący za mędrca, tęgi poeta nie wzbudzał zaufania jako polityk. Za dużo prawił o duszy, a za mało o ciele i to była przyczyna jego politycznych porażek. Odbierał ludziom nadzieję na dobre, codzienne życie. Nie doceniał ziemskich rozkoszy, pomijając władzę, za pomocą której chciał zbudować idealne państwo.  Najzdolniejszy jego uczeń wyciągnął wnioski z politycznych manewrów swojego mistrza. Prawił więc ludziom o pełnym szczęściu, o zadowoleniu i satysfakcji z dobrych, tj. cnotliwych uczynków. Przesunął akcent z władzy na obywateli i by wzbogacić wizerunek człowieka obdarzył go doświadczeniem katharsis. Przesuwając kurtynę wiedzy w stronę przeżyć tragicznych i tym samym odsłaniając kruchość i przygodność ludzkiego żywota. Los nikogo nie oszczędza; ani królów, ani mędrców, ani ludzi dobrych i szlachetnych. Wszystkich i wszystko pokona, zniszczy i wyszydzi. Los kryje się w mroku wielkiej niewiadomej i dlatego trzeba żyć w jego cieniu, nie bojąc się, nie uciekając i nie rezygnując z rozwijania cnót (sprawności) teoretycznych i praktycznych. Definiował, porządkował, ustalał kanony filozofowania. Sławny uczeń wielkiego mędrca dostał intratną posadę na dworze macedońskim, gdzie wiodło mu się nie najgorzej, bo wkrótce stał się człowiekiem zamożnym. Lubił otaczać się zbytkiem, a król wynagradzał go obficie do czasu, kiedy padło oskarżenie o szpiegostwo. Złośliwość ze strony innych dworaków, przypadkowo przechwycony list czy może zemsta odrzuconej kobiety?

Najmłodszy z tej filozoficznej gromadki nosił perukę, był niewysoki i drobny. Dolewał sobie wina z umiarem i przemawiał wolno i dobitnie. Z Wolandem jadł śniadanie na tarasie i dyskutował. Cały się składał z uczonych, niemiłosiernie rozbudowanych zdań a jego surducik przypominał imperatyw kategoryczny. Tak był skrojony, pozapinany na wszystkie guziki, z dewizką zegara wystającą z kieszonki. Wyglądał zawsze tak samo staro i był zawsze tak samo dokładny, solidny i.… nudny. Przeraźliwie nudny, chociaż przeprowadził rewolucję kopernikańską i zapoczątkował filozofię transcendentalną. Ustalił nowe reguły poznania i prawa moralnego, religię wyprowadził z etyki. Słowem, starszy pan w peruce zamieszał, oj zamieszał. Bo już nie szczęście, ale obowiązek miał kierować życiem moralnym człowieka, a jego godność domagała się uznania. Sam filozof oczekiwał od słuchaczy szacunku dla swoich wzniosłych myśli zawartych w dziełach krytycznych. W przeciwieństwie do starszych kolegów nie miał zaufania ani do natury, ani do duszy. Nie wypadało, jego zdaniem, wykonywać ruchów niegodnych filozofa, do których skłania ludzi pożądanie cielesne. W wieku podeszłym zaczął cierpieć na postępującą demencję i jego uporządkowany świat rozsypał się jak domek z kart. Podsumujmy: władza, pieniądze, uznanie z jednej strony, a z drugiej piękne opowieści o duszy, o szczęściu i o obowiązku. Ci trzej mędrcy wierzyli w jedną prawdę o człowieku i o świecie, wierzyli, że człowiek zawsze opowie się za racjami rozumu i że wszyscy pragną dobra dla niego samego.  Spotkali się w zaświatach błędni rycerze czy prorocy innych, alternatywnych światów? Światów, które są lepsze czy gorsze od naszego chaotycznego, nieracjonalnego i przypadkowego?

O sztuce wdzięczności

Co daje wdzięczność​? Daje samą siebie: jak echo radości […], dzięki czemu jest miłością, udziałem i darem. To przyjemność z przyjemności, szczęście ze szczęścia, wdzięczność z wdzięczności.” (A. Comte-Spenville, Mały traktat o wielkich cnotach, przeł. H. Lubicz- Trawkowska, Wyd. Volumen, Warszawa 200, s.130

Moja znajoma doświadczyła kilka rzazy tzw. bezinteresownej przysługi, która przyniosła jej wielką radość. Sprawcą tego szczęśliwego wydarzenia był kuzyn, który wraz z żoną wiosnę i lato spędzał w wynajętym domku na Peloponezie. Po miesięcznym pobycie w tym niezwykłym miejscu, pełnym zabytków i uroczej przyrody, znajoma wróciła do kraju. Szczęśliwa, radosna i wdzięczna. Chcąc okazać kuzynowi wdzięczność wynajęła dla niego i jego żony starą chatę na Mazurach nad ślicznym jeziorem. Kuzyn z żoną przyjechał, ale bezustannie padające deszcze, skróciły ich wakacje o dwa tygodnie.  Znajoma bolała nad tym, że mimo starań „nie odwdzięczyła się” im za miesięczne wakacje na Peloponezie. W jej mniemaniu na tym polega wdzięczność, by oddać przysługę w postaci pewnej odpłaty. Z kolei jej syn korzysta z uprzejmości znajomych i z życzliwości rodziny, chełpiąc się tym, że potrafi wykorzystać każdą nadarzającą się okazję. Skoro dają to trzeba brać, a niektórym powinno się o tym przypomnieć. Świat należy do tych, którzy potrafią się bawić, bo jak powiadał książę Obłoński, że „na tym właśnie polega cywilizacja, by ze wszystkiego czerpać rozkosz.”

Istnieją ludzie, którzy dopominają się o wdzięczność od swoich dzieci, krewnych czy pracowników.  Przecież ja tyle dobrego dla ciebie zrobiłam!  Przekonani o tym, że zasłużyli na wdzięczność traktują ją jako elementarną powinność ze strony „dłużników”. Żądają swoistej gratyfikacji za swoją dobroć i poświęcenie, spotykając się z jawną lub ukrytą niechęcią, a nawet nienawiścią z ich strony. Są również ludzie niezdolni do wdzięczności i tacy, którzy starają się unikać takich sytuacji. Między nimi istnieje pewne podobieństwo, ponieważ są to zawsze wybory i działania wolne, podejmowane z rozmysłem lub spontanicznie. Bywa, że ludzi męczy pytanie, ile razy trzeba dziękować, odwdzięczać się za taką czy inną przysługę, jakiej doświadczyli od innych. Taka potrzeba wyrażenia podziękowań bywa krępująca i z czasem może stać się przyczyną zerwania kontaktu z bliską osobą.  Warto, by obie strony tego układu, który prowadzi do wdzięczności zachowały zarówno pewien umiar jak i swobodę. Niczym nieskrępowana umiejętność do zachowania wdzięczności przynosi ze sobą tyle bezinteresownej radości! Cytowany już Comte -Spenville w swoim Małym traktacie o cnotach powołuje się na Mozarta” Wdzięczność nie ma nic do dawania poza przyjemnością, że coś się otrzymało. […] Mozart […] ją opiewa, że ją uosabia, że jest w nim ta radość, ta zapamiętała wdzięczność za coś niekreślonego, za wszystko, ta szlachetna wdzięczność […].

Życzmy sobie jak najwięcej owej szlachetnej wdzięczności, której tak łatwo można doświadczyć wiosną. Kiedy przyroda daruje nam wszystko; skąpaną w słońcu zieleń, kwiaty, zapachy i ptasie chóry.

Wolno czy nie wolno?

„Tu pomiędzy domem na Bolszoj MIeszczańskoj (Petersburg) – jakże się ona teraz nazywa? –a placem Michajłowskim, mijają najpełniejsze, najradośniejsze chyba dni pana Adama […] „Mickiewicz przebrany […] za damę pojechał z naszą rodziną na bal do Zaleskiej”, w: J. Iwaszkiewicz, Petersburg, PIW, Warszawa 1976, s.18.

Po upadku powstania warszawskiego jedna z naszych krewnych została wywieziona do Niemiec   na tzw.  roboty i tam rozczytywała się w poematach Goethego z jedynego egzemplarza, jaki był dostępny. Pomogła jej w tym znajomość niemieckiego i zamiłowanie do literatury.  Lektura Goethego była zabroniona, a nieposłusznych karano. Ciocia wspominała, że Niemcy ją uwięzili, a najwybitniejszy niemiecki poeta ocalił moje poczucie wolności. Wracam do tych słów, by się zastanowić, czy rację mają ci, którzy twierdzą, że sięganie dzisiaj po klasykę rosyjską jest po prostu nieprzyzwoite i bliskie zdrady. Dopóki trwa wojna powinno się unikać kontaktu z kulturą rosyjską, a tym bardziej zabrania się ją zachwalać. Pomijając już fakt, że łatwo dowieść zwolennikom takiego stanowiska, że Lew Tołstoj krzewił idee nacjonalistyczne i zachwycał się takim despotą, jakim w oczach Polaków był car Aleksander. Oczywiście, sprowadzenie dzieł wielkiego Tołstoja do prymitywnej propagandy ideologii nacjonalistycznej jest albo cyniczną grą z potencjalnymi czytelnikami albo zwykłą przekorą. Pozostaje jednak pytanie, czy kontakt z kulturą powinien być uzależniony od tzw. bieżącej polityki, a z drugiej strony czy literatura podlega przewartościowaniu ze względu na narodowość jej autorów? Czy obowiązuje na tym terenie pewien kod solidarnościowy, w imię, którego nie sięga się po dzieła kultury przypisane konkretnej narodowości?  Prace te reprezentują pewną epokę, odtwarzają jej ducha i tym samym przynależą do dziejów konkretnego narodu. 

Warto dodać jeszcze jeden sporny temat do tej dyskusji na ile kulturę traktować można jako „zakładnika” bieżącej polityki. Obejmuje on nie tylko arcydzieła literatury i sztuki, ale również te pozycje książkowe, które propagują rasizm, faszyzm, wojnę, ludobójstwo. W przypadku tych ostatnich zdania są podzielone, ale wydaje się, że takie teksty powinny być przede wszystkim studiowane przez ludzi dorosłych w salach uniwersyteckich. Ponieważ wymagają one podwójnej refleksji zarówno nad treścią jak też nad jej możliwymi konsekwencjami. Co w dobie powszechnej tendencji do radykalizacji poglądów ma ogromne znaczenie. Wracając do debaty o tym, czy należy chwilowo zakazać czytania dzieł np. Tołstoja, Turgieniewa czy Czechowa to wydaje się, że ich lektura pozostaje kwestią indywidualnych preferencji. Istotą wielkich dzieł jest to, że potrafią one zawrzeć w jednostkowych losach bohaterów uniwersalne prawdy o człowieku. Dlatego ich język podlega aktualizacji, bo odnosi się do kolejnych pokoleń czytelników.

Konkluzja z tej dyskusji jest banalna: zawsze wolno czytać ulubionych pisarzy oraz poetów i to niezależnie od tego, jakie wojny prowadzą obecnie przywódcy ich ojczystego kraju. Z drugiej strony, nie wolno rozpowszechniać książek, które chwalą ludobójstwo w ramach czystek etnicznych i głoszą przewagę wojny nad pokojem. Niezależnie od tego, czy będą to poglądy proprawicowe czy prolewicowe.

Prawda czy fałsz? Historia Islamadina

W opowieściach swoich i cudzych nie potrafimy rozróżnić prawdy od fałszu. Można świadomie uczynić opowieść bardziej prawdopodobną, można też odwrotnie nadać jej charakter na wskroś fałszywy. Z tego powodu wszelkie powieściowe (sfabularyzowane) biografię są trochę prawdziwe w swojej warstwie faktograficznej i trochę fikcyjne. Nawet w dziennikach, pamiętnikach czy wywiadach pisze się lub mówi to, co dla każdego z perspektywy „teraz” wydaje się prawdziwe (prawda myśli, przeżyć, wyborów i czynów). Z tego powodu wartość zapisków autobiograficznych i biograficznych ocenić należy z wielu różnych punktów widzenia, w których dominuje nasz sposób spostrzegania siebie i swojego losu. Należy on do sfery tzw. postulatywnej, a więc do takiego ujęcia czyjegoś życia, któremu nadaje się znaczenie, próbuje się określić czyjś unikalny, indywidualny los. Życie staje się moje, kiedy próbuję je zamknąć w jakieś uporządkowanej historii, opowieści. Czy to oznacza, że ktoś „stanął w prawdzie” lub „stanął w fałszu”, czy takie określenia w ogóle mają jakiś sens, chociażby symboliczny, kiedy mowa o życiu w opowieściach? W wyrażeniu „stanąć w prawdzie”, jak można domniemywać, chodzi o wybór pewnej postawy wobec kogoś lub czegoś, Jeśli takie położenie odczyta się nie w porządku wiary, ale odniesie się do ludzkiego, codziennego życia to równie dobrze „stoimy” w prawdzie jak i w fałszu. Wątpimy, mylimy się, oszukujemy siebie i jesteśmy oszukiwani przez innych, potykamy się o różne narracje i komunikaty. A dlaczego w ogóle stoimy a nie np. siedzimy lub leżymy „w prawdzie”? Codzienne doświadczenie prawdy pozostaje radykalnie różne od prawdy, która utożsamia się z Bogiem czy Absolutem. Czasami wiara sprawia, że prawda o Bogu staje się dla kogoś bezwzględną prawdą, której podporządkuje swoje życie i swój los. Prawda absolutna sprowadzona do prawdy życiowej podlega trzem modyfikacjom: jest schematyczna, wybiórcza i bezwzględna wobec wszelkich odchyleń od przyjętych zasad. Nie uwzględnia ani indywidualnego charakteru i losu ludzkiego ani różnorodności sytuacji, w jakich znajdują się ludzie. Niezwykła historia Islamadina opowiada o młodym żołnierzu rosyjskim, który chciał być mudżahedinem. Nie stać się czy nim zostać np. na czas trwania wojny, ale być nim. Po to, by „stanąć w prawdzie absolutnej”.

Zapragnął tego, kiedy walcząc w Afganistanie ranny dostał się do niewoli. Tam usiłował popełnić samobójstwo z obawy przed okrutnymi torturami. Po pół roku leczenia rozcięto mu więzy i oznajmiono, że jest wolny i wtedy zdecydował się przystąpić do mudżahedinów. Przyjął nowe imię, nową wiarę i nową tożsamość.  Islamadin opowiadał Jagielskiemu, że „Tamto pierwotne życie się skończyło. Urodziłem się od nowa (s.93) „Moje dawne życie w Rosji wydało mi się czymś nierzeczywistym. Pamiętałem niby wszystko, ale tak jakby ktoś mi o tym opowiadał. Niemożliwe, żebym sam to przeżył.” (s.94) Która z tych dwóch opowieści jest prawdziwa czy ta aktualna, czy ta z przeszłości? A może obydwie są w takim stopniu prawdziwe jak i fałszywe i tylko zmieniło się miejsce, gdzie „stoi się „w swojej prawdzie”? 

Manipulując między prawdą a fałszem można człowieka doprowadzić do stanu, w którym już nie będzie zabiegał o prawdę, ale o fałsz. A o to jest w naszych czasach bardzo łatwo, bo nauczono się lepiej nas kusić niż to miało miejsce jeszcze wczoraj. 

Cytaty pochodzą ze zbioru reportaży Wojciecha Jagielskiego z Afganistanu, „Modlitwa o deszcz”, Wyd. Znak, Kraków 2016.

O bezinteresowności u małodusznych i wielkodusznych

„…uprzejmie donoszę niepodpisany sąsiad”

Człowiek, piękny człowiek z całą swoją nerwowością, z całym swoim zacięciem, z całą pozą (o Julianie Tuwimie, J. Iwaszkiewicz, Książka moich wspomnień, Kraków, Wyd. Lit., 957, s.359.

Iwaszkiewicz pisząc o Tuwimie, że był pięknym człowiekiem, podkreślał z uznaniem, że miał on duszę piękną, dobrą i szlachetną. Chociaż chciał uchodzić za wagabundę, prześmiewcę i maga słowa. Wzmianka o Tuwima przypomina, że dobrzy ludzie nie przypominają bohaterów z nowelek pozytywistów. Jak my wszyscy są postaciami o wiele bardziej złożonymi, o różnych skłonnościach.

Pewne zachowania ludzi zadziwiają swoją bezinteresowną złośliwością i podłością. Zdarza się to starcom, traktującym testamenty jako przednią zabawę ze swoją najbliższa rodzinę. Pisząc kolejny testament 95-letni wuj mojego kolegi chichotał: „już widzę jak będą sobie skakali do oczu po mojej śmierci.” Sędziwy starzec szantażował rodzinę z wysokości swojego łóżka, raz temu wnukowi przypisując swój majątek, a za miesiąc innemu. Po jego śmierci rzeczywiście nastąpiły targi i zatargi, które do dzisiaj kładą się cieniem na stosunkach rodzinnych. Wuj był szanowanym sędzią, znanym ze swojej uczciwości.  W tej samej, czcigodnej krakowskiej kamienicy mieszkała pani Blanka P., wdowa po wieloletnim kustoszu przesławnego (w tym mieście wszystko jest przesławne i zabytkowe) obiektu muzealnego. Otóż miła i uczynna pani Blanka z czasem zaczęła pisywać donosy na sąsiadów z góry ciesząc się z ich zakłopotania spowodowanego kolejną kontrolą gazu, kominów czy piwnicy. Pani Blanka postanowiła, że będzie na swój sposób karała tych z mieszkańców, którzy wydali się jej niesympatyczni, a tym samym podejrzani. Myśl o tym, że ma swój niewielki wpływ na dyskomfort ich życia przynosiła jej satysfakcję. Można mnożyć przykłady bezinteresownych intrygantów, donosicieli, wszelkiego rodzaju złośliwców, czerpiących prawdziwą radość z dokuczania innym. Są przeciwieństwem ludzi życzliwych, bez których trudno byłoby żyć razem pod wspólnym dachem i pod tą samą flagą. Otaczają nas ludzie małoduszni i wielkoduszni pewnie my też zaliczamy się do jednej z tych grup. Pierwsi lubią rządzić innymi, ale nie mają ku temu bezpośredniej sposobności, mogą jedynie rozdawać ciosy ukradkiem. Jest to z ich strony swoista bezinteresowność, bo podjęte przez nich działania nie przynoszą im materialnych korzyści, ale bliźnim sprawiają kłopoty.

W przeciwieństwie do nich spotyka się też ludzi, którzy pomagają bliźnim albo spontanicznie albo pod wpływem współczucia, wynikającego z przeżytych przez nich tragedii.  Dotyczy to również tych, którzy kiedyś krzywdzili innych i teraz nikt, łącznie z rodziną, nie podejmuje się opieki nad nimi. „Bo on/ ona   nigdy by się nie zatroszczył o nas”. W takich przypadkach bezinteresowność działania oznacza po prostu dobroć, czyli to, co w ludziach jest najbardziej cenne. Ponieważ potrafią bezinteresownie zatroszczyć się o potrzebujących wsparcia. W tym dziele biorą udział zarówno jednostki jak i społeczeństwa, zwłaszcza wtedy, kiedy mają miejsce nadzwyczajne sytuacje.  Kiedy to spontanicznie, pod wpływem współczucia, ludzie masowo pomagają innym: uchodźcom, powodzianom czy tym, którzy stracili cały dorobek życia wskutek pożaru. Dodać należy, że większość osób działających w sferze publicznej, chce uchodzić za ludzi bezinteresownie życzliwych. Zależy im na uznaniu i opinii ludzi o wielkim sercu.

Powtórzmy banalną prawdę o nas samych – nie jesteśmy doskonali, ale bywamy piękni, wspaniali i bezinteresowni- jako jednostki i wspólnota! Optymiści dodadzą, że to kamień węgielny solidarności międzyludzkiej, a pesymiści, że bezinteresowna życzliwość powoli wygasa…