„Tu pomiędzy domem na Bolszoj MIeszczańskoj (Petersburg) – jakże się ona teraz nazywa? –a placem Michajłowskim, mijają najpełniejsze, najradośniejsze chyba dni pana Adama […] „Mickiewicz przebrany […] za damę pojechał z naszą rodziną na bal do Zaleskiej”, w: J. Iwaszkiewicz, Petersburg, PIW, Warszawa 1976, s.18.
Po upadku powstania warszawskiego jedna z naszych krewnych została wywieziona do Niemiec na tzw. roboty i tam rozczytywała się w poematach Goethego z jedynego egzemplarza, jaki był dostępny. Pomogła jej w tym znajomość niemieckiego i zamiłowanie do literatury. Lektura Goethego była zabroniona, a nieposłusznych karano. Ciocia wspominała, że Niemcy ją uwięzili, a najwybitniejszy niemiecki poeta ocalił moje poczucie wolności. Wracam do tych słów, by się zastanowić, czy rację mają ci, którzy twierdzą, że sięganie dzisiaj po klasykę rosyjską jest po prostu nieprzyzwoite i bliskie zdrady. Dopóki trwa wojna powinno się unikać kontaktu z kulturą rosyjską, a tym bardziej zabrania się ją zachwalać. Pomijając już fakt, że łatwo dowieść zwolennikom takiego stanowiska, że Lew Tołstoj krzewił idee nacjonalistyczne i zachwycał się takim despotą, jakim w oczach Polaków był car Aleksander. Oczywiście, sprowadzenie dzieł wielkiego Tołstoja do prymitywnej propagandy ideologii nacjonalistycznej jest albo cyniczną grą z potencjalnymi czytelnikami albo zwykłą przekorą. Pozostaje jednak pytanie, czy kontakt z kulturą powinien być uzależniony od tzw. bieżącej polityki, a z drugiej strony czy literatura podlega przewartościowaniu ze względu na narodowość jej autorów? Czy obowiązuje na tym terenie pewien kod solidarnościowy, w imię, którego nie sięga się po dzieła kultury przypisane konkretnej narodowości? Prace te reprezentują pewną epokę, odtwarzają jej ducha i tym samym przynależą do dziejów konkretnego narodu.
Warto dodać jeszcze jeden sporny temat do tej dyskusji na ile kulturę traktować można jako „zakładnika” bieżącej polityki. Obejmuje on nie tylko arcydzieła literatury i sztuki, ale również te pozycje książkowe, które propagują rasizm, faszyzm, wojnę, ludobójstwo. W przypadku tych ostatnich zdania są podzielone, ale wydaje się, że takie teksty powinny być przede wszystkim studiowane przez ludzi dorosłych w salach uniwersyteckich. Ponieważ wymagają one podwójnej refleksji zarówno nad treścią jak też nad jej możliwymi konsekwencjami. Co w dobie powszechnej tendencji do radykalizacji poglądów ma ogromne znaczenie. Wracając do debaty o tym, czy należy chwilowo zakazać czytania dzieł np. Tołstoja, Turgieniewa czy Czechowa to wydaje się, że ich lektura pozostaje kwestią indywidualnych preferencji. Istotą wielkich dzieł jest to, że potrafią one zawrzeć w jednostkowych losach bohaterów uniwersalne prawdy o człowieku. Dlatego ich język podlega aktualizacji, bo odnosi się do kolejnych pokoleń czytelników.
Konkluzja z tej dyskusji jest banalna: zawsze wolno czytać ulubionych pisarzy oraz poetów i to niezależnie od tego, jakie wojny prowadzą obecnie przywódcy ich ojczystego kraju. Z drugiej strony, nie wolno rozpowszechniać książek, które chwalą ludobójstwo w ramach czystek etnicznych i głoszą przewagę wojny nad pokojem. Niezależnie od tego, czy będą to poglądy proprawicowe czy prolewicowe.