Anno, po co ty i siebie, i mnie tak zamęczasz?

Filozofia, pytając, jak żyć, próbuje sformułować zasady i reguły dobrego życia. Literatura natomiast pokazuje, że życie ludzkie jest nieprzewidywalne. Nie podlega żadnym ścisłym regułom, nie zamyka się w jednym kręgu kontrolowanych przeżyć i doświadczeń. Czy wobec tego można ochronić się przed egzystencjalnymi dramatami za pomocą wiedzy lub szczególnych praktyk? Czy sztuka mądrego życia — niezależnie od tego, jak owo „mądre życie” pojmujemy — może zabezpieczyć człowieka przed upadkiem i egzystencjalną klęską? A może jej skuteczność polega raczej na trosce o siebie: o sposób myślenia, mówienia i działania? Trosce, która ma swoje źródło w poznawaniu samego siebie, własnych możliwości i ograniczeń.

Historia małżeństwa Kareninów, opisana przez Tołstoja, może stać się przyczynkiem do refleksji nad tymi pytaniami. Oboje reprezentują ludzi zajmujących wysoką pozycję społeczną: są inteligentni, wykształceni, bywają na salonach. On jest urzędnikiem należącym do najwyższych rangą w stołecznym ministerstwie, ona zaś wielką damą petersburskiego towarzystwa, pochodzącą ze znakomitej rodziny. Mają za sobą dziewięć lat małżeństwa i uchodzą za parę wyjątkowo zgodną. Sami również tak postrzegają swój związek. Co prawda szwagierka Anny, goszcząc w domu Kareninów, dostrzega w ich wzajemnych relacjach jakiś fałsz. Wroński natomiast, obserwując powitanie małżonków na dworcu, od razu poznaje, że Anna nie kocha męża.

Sama nieodwzajemniona miłość nie musi jeszcze prowadzić do tragedii. Staje się ona niebezpieczna dopiero wtedy, gdy wszystko to, co dotąd było ukrywane i pozorowane, ujawnia się w buncie, konflikcie i walce. Anna buntuje się przeciwko grze w pozory małżeńskiego szczęścia. Popada w konflikt między zobowiązaniami wobec syna, męża i środowiska, konflikt, którego nie potrafi rozwiązać, obawiając się utraty tego wszystkiego, co stanowiło wartość i stabilizację jej życia. Prowadzi więc rozpaczliwą walkę z samą sobą, coraz częściej rezygnując z podejmowania ostatecznych decyzji. W ten sposób pogrąża się w kolejnych konfliktach, szukając ucieczki w kłamstwie i samo zwodzeniu. Powoli „odklejając się” od rzeczywistości, zbliża się do momentu, w którym — jak sama przeczuwa — „wszystko to zostanie okupione przez śmierć” (L. Tołstoj, Anna Karenina, t. III, przeł. Kazimiera Iłłakiewiczówna, PIW, Warszawa 1974, s. 372).

Jej mąż, pewny siebie wyższy urzędnik, przekonany o własnej słuszności i prawości, również nie potrafi znieść konfrontacji z rzeczywistością. Ucieka od niej, nie mogąc jednak opanować bólu, cierpienia i poczucia porażki. Są to uczucia głęboko osobiste, przed którymi Karenin przez całe życie się bronił. Egzystencja miała dla niego przede wszystkim wymiar publiczny, a nie prywatny. Paradoksalnie więc on sam jako konkretna osoba, nigdy nie był przedmiotem własnej troski.

Tołstoj z przenikliwością psychologa pokazuje, że Karenin żył raczej abstrakcyjnym wyobrażeniem życia niż samym życiem. Uzależniony od opinii publicznej, nie próbował samodzielnie rozpoznać wydarzeń dotyczących jego małżeństwa. Traktował życie jako coś na tyle bezładnego i pozbawionego znaczenia, że zajmowanie się jego konkretnym wymiarem wydawało mu się stratą czasu. „Stwierdził z pewnym żalem, że musi poświęcić tyle czasu i sił umysłowych, bez żadnego poklasku, na domowy użytek” (t. I, s. 199).

Z góry zastrzegał, że nie zajmuje się ani uczuciami żony, ani jej sumieniem, lecz wyłącznie obowiązkami wynikającymi z pozycji społecznej, z prawa i religii. Być może dlatego obsesyjnie bał się kobiecych łez — ujawniały one bowiem zupełnie inną, nie urzędniczą przestrzeń międzyludzkich relacji. Taka postawa ułatwiała Kareninowi wspinanie się po szczeblach kariery, okazała się jednak przeszkodą oddzielającą go od pełnego przeżycia własnej tragedii. Kiedy tragedia stała się faktem, przede wszystkim próbował ją zignorować. Zaproponował Annie, by nadal odgrywała rolę szczęśliwej żony wobec opinii publicznej i domowej służby. Taki stan rzeczy nie mógł jednak trwać długo. Karenin cierpiał, lecz nie potrafił zdobyć się na żaden zdecydowany krok. Nie wynikało to z tchórzostwa, lecz z głębokiej bezradności. Bezradność ta jeszcze się pogłębiła, gdy opiekę nad nim i jego duszą przejęła hrabina Lidia.

Można współczuć Annie i jej mężowi, że nie potrafili pogodzić się z utratą ról, z którymi się utożsamiali — zarówno społecznie, jak i indywidualnie. Z różnych powodów oboje okazali się bezradni wobec nowych wyzwań. Nie mogli i nie potrafili wyzwolić się z ram, w których zostali osadzeni. W tym sensie byli dobrowolnymi więźniami własnych wyobrażeń o sobie, swoich społecznych masek i ról, które z czasem zaczęły sprawować nad nimi większą władzę niż oni sami.