Czyż nie bezie ci miło pisać gęsim piórem przy świecach? Czyż nie chcesz, jak Faust zasiąść nad retortą i żywić nadzieję, że uda ci się stworzyć nowego homunkulusa?”, M. Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, przeł. I. Lewandowska, W. Dąbrowski, Czytelnik 1973, s.435.

Spotkało się w zaświatach trzech filozofów i pogawędziło sobie przy szklaneczce przedniego wina.  Pierwszy z nich był dostojny, atletycznie zbudowany i bardzo pewny siebie. Rozprawiał o duszy, o jej doskonałości i ideach z taką swadą, że wszystkich zachwycił. Mówił ładnie jak aktor, modulując głos i odpowiednio gestykulując. W swoim życiu cenił przede wszystkich władzę polityczną. Ilekroć po nią sięgał sam lub za pomocą swoich uczniów, to ponosił sromotną klęskę. Raz musiał nawet uciekać, kiedy chciał zawładnąć miastem i jego mieszkańcami. Człowiek dobrego rodu, uchodzący za mędrca, tęgi poeta nie wzbudzał zaufania jako polityk. Za dużo prawił o duszy, a za mało o ciele i to była przyczyna jego politycznych porażek. Odbierał ludziom nadzieję na dobre, codzienne życie. Nie doceniał ziemskich rozkoszy, pomijając władzę, za pomocą której chciał zbudować idealne państwo.  Najzdolniejszy jego uczeń wyciągnął wnioski z politycznych manewrów swojego mistrza. Prawił więc ludziom o pełnym szczęściu, o zadowoleniu i satysfakcji z dobrych, tj. cnotliwych uczynków. Przesunął akcent z władzy na obywateli i by wzbogacić wizerunek człowieka obdarzył go doświadczeniem katharsis. Przesuwając kurtynę wiedzy w stronę przeżyć tragicznych i tym samym odsłaniając kruchość i przygodność ludzkiego żywota. Los nikogo nie oszczędza; ani królów, ani mędrców, ani ludzi dobrych i szlachetnych. Wszystkich i wszystko pokona, zniszczy i wyszydzi. Los kryje się w mroku wielkiej niewiadomej i dlatego trzeba żyć w jego cieniu, nie bojąc się, nie uciekając i nie rezygnując z rozwijania cnót (sprawności) teoretycznych i praktycznych. Definiował, porządkował, ustalał kanony filozofowania. Sławny uczeń wielkiego mędrca dostał intratną posadę na dworze macedońskim, gdzie wiodło mu się nie najgorzej, bo wkrótce stał się człowiekiem zamożnym. Lubił otaczać się zbytkiem, a król wynagradzał go obficie do czasu, kiedy padło oskarżenie o szpiegostwo. Złośliwość ze strony innych dworaków, przypadkowo przechwycony list czy może zemsta odrzuconej kobiety?

Najmłodszy z tej filozoficznej gromadki nosił perukę, był niewysoki i drobny. Dolewał sobie wina z umiarem i przemawiał wolno i dobitnie. Z Wolandem jadł śniadanie na tarasie i dyskutował. Cały się składał z uczonych, niemiłosiernie rozbudowanych zdań a jego surducik przypominał imperatyw kategoryczny. Tak był skrojony, pozapinany na wszystkie guziki, z dewizką zegara wystającą z kieszonki. Wyglądał zawsze tak samo staro i był zawsze tak samo dokładny, solidny i.… nudny. Przeraźliwie nudny, chociaż przeprowadził rewolucję kopernikańską i zapoczątkował filozofię transcendentalną. Ustalił nowe reguły poznania i prawa moralnego, religię wyprowadził z etyki. Słowem, starszy pan w peruce zamieszał, oj zamieszał. Bo już nie szczęście, ale obowiązek miał kierować życiem moralnym człowieka, a jego godność domagała się uznania. Sam filozof oczekiwał od słuchaczy szacunku dla swoich wzniosłych myśli zawartych w dziełach krytycznych. W przeciwieństwie do starszych kolegów nie miał zaufania ani do natury, ani do duszy. Nie wypadało, jego zdaniem, wykonywać ruchów niegodnych filozofa, do których skłania ludzi pożądanie cielesne. W wieku podeszłym zaczął cierpieć na postępującą demencję i jego uporządkowany świat rozsypał się jak domek z kart. Podsumujmy: władza, pieniądze, uznanie z jednej strony, a z drugiej piękne opowieści o duszy, o szczęściu i o obowiązku. Ci trzej mędrcy wierzyli w jedną prawdę o człowieku i o świecie, wierzyli, że człowiek zawsze opowie się za racjami rozumu i że wszyscy pragną dobra dla niego samego.  Spotkali się w zaświatach błędni rycerze czy prorocy innych, alternatywnych światów? Światów, które są lepsze czy gorsze od naszego chaotycznego, nieracjonalnego i przypadkowego?