Przez wiele lat Tołstoj przygotowywał się do napisania powieści o dekabrystach. Był to temat zarówno współczesny, jak i historyczny, ponieważ w 1856 roku nowy car, Aleksander II, ogłosił dla nich amnestię. Po trzydziestu latach wracali do swoich miast i miasteczek, rozsianych po całej Rosji. Z początku podejmowano ich uroczystymi obiadami, wypytywano o warunki katorgi, o ich udział w ruchu dekabrystów. Wkrótce jednak o nich zapomniano. Do dzisiaj są przywoływani w różnych celach, także propagandowych. Tymczasem dramat dekabrystów można rozważać na kilku płaszczyznach: historycznej i politycznej – w tym również w kategoriach historii alternatywnej – oraz moralnej. I to w kilku wymiarach, z których personalny wydaje się najciekawszy. Dotyczy bowiem tragedii konkretnego człowieka, która pośrednio ujawnia jego ludzkie, unikalne dzieje. Mowa o zdarzeniach, postawach i decyzjach, które same w sobie są sprzeczne z dotychczasowymi dokonaniami jednostek czy grup. Są to sytuacje, które każą szukać innych ocen ludzkich postaw niż te standardowe.
Za tym wszystkim kryje się tragedia człowieka złamanego psychicznie, którego racji nikt nie słucha, a który sam nie potrafi pojąć, co zrobił i dlaczego tak postąpił. Tak mógł się czuć książę Siergiej Trubieckoj po haniebnych zeznaniach, jakie złożył jako dyktator powstania przed przesłuchującym go carem Mikołajem. A może wyparł się siebie ze wstydu, z lęku, z poczucia klęski? Poniósł ją jako dyktator – przed kolegami, członkami Związku Pomyślności, przed własnym poczuciem honoru wojskowego i godności księcia krwi, a w końcu także przed potomnymi.
To bardzo poruszająca historia człowieka, który był bohaterem wojen napoleońskich, ranny pod Borodino. Należał do najwyżej notowanych arystokratów mieszkających w Petersburgu. Był zaangażowany w reformy polityczne i społeczne o umiarkowanym charakterze. Opowiadał się za monarchią konstytucyjną, rozszerzeniem swobód obywatelskich i zniesieniem poddaństwa. Powszechnie lubiano go i szanowano – zarówno w towarzystwie, jak i wśród kolegów z pułku.
W nocy z 13 na 14 grudnia 1825 roku, jako dyktator powstania, spotyka się między innymi z Rylejewem, aby wyjaśnić, że nie mają szans na powodzenie. Bunt części pułków, które następnego dnia mają zebrać się na Placu Senackim w Petersburgu, zostanie – jego zdaniem – krwawo stłumiony. Jest ich za mało, a Senat zatwierdzi prawo do korony Mikołaja I. Jego samego na placu jednak nie będzie. Współcześni i historycy będą mówić o tchórzostwie i zdradzie.
Zostanie oskarżony o to, że przyczynił się do klęski buntu podniesionego przez pułki opowiadające się za wprowadzeniem konstytucji i koronowaniem Konstantego. Już 15 grudnia Trubieckoj został przesłuchany przez cara. W trakcie przesłuchania podał wszystkie znane sobie nazwiska spiskowców. Przerażony grożącym mu wyrokiem śmierci przez ścięcie na klęczkach błagał cara o darowanie życia.
Zachowane listy pisane przez bohatera spod Borodino, zawierające pokorne prośby o darowanie mu życia, nie pozostawiają złudzeń, co do postawy pułkownika Trubieckiego. Są aż nadto wymowne, by można było jeszcze łudzić się, co do jego zachowania. Przerażony, tchórzliwy, gotowy czołgać się u stóp cara – co, podobno, rzeczywiście miało miejsce.
Darowano mu życie. Został skazany na dożywotnią katorgę, następnie karę zamieniono na dwadzieścia lat ciężkich robót, a później skrócono ją do trzynastu lat. W swoim „Pamiętniku”, pisanym na Syberii próbował się wytłumaczyć i usprawiedliwić: dlaczego nie pojawił się w decydującym dniu na Placu Senackim, gdzie przez kilka godzin na mrozie stały zbuntowane pułki? Dlaczego cesarz po jego przesłuchaniu miał powiedzieć o nim: „stwór bez czci i sumienia”?
Nikt, łącznie z samym Trubieckojem, nie zna odpowiedzi na te pytania. Na tym właśnie polega nieszczęście bycia człowiekiem. Nie wiemy, jak zachowamy się w sytuacjach granicznych, jak zareagujemy, gdy znajdziemy się pod wpływem strachu, presji i odpowiedzialności.
Trubiecki jako dyktator od dłuższego czasu dźwigał ciężar odpowiedzialności za przygotowania do buntu. To brzemię losu było zarazem częścią jego osobistej tragedii. Nie mógł powstrzymać fali paraliżującego go strachu. Nie potrafił też przekonać swoich kolegów ze Związku, aby zaniechali swoich planów na następny dzień.
Myślę, że najgorsze chwile miał jednak dopiero przed sobą – wtedy, gdy zaczął odtwarzać w pamięci kolejne wydarzenia i zobaczył samego siebie, kajającego się przed carem, usłużnie podającego mu listę swoich kolegów ze Związku Pomyślności. To musiała być dla niego prawdziwa katorga, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę jego wcześniejsze zasługi wojenne i pozycję, jaką zajmował w społeczeństwie.
Dlatego dzisiaj, myśląc o Trubieckim, możemy zadumać się zarówno nad złożoną i mroczną naturą człowieka, jak i nad poczuciem litości – dla niego samego, ale także dla tych, którzy pośrednio przez jego decyzje stracili życie lub cierpieli.
Być może właśnie w tym tkwi najbardziej przejmujący wymiar historii dekabrystów. Nie tylko w pytaniu, czy ich powstanie miało szanse powodzenia, ani w tym, czy można było zmienić bieg rosyjskiej historii. Najtrudniejsze pytanie brzmi inaczej: co dzieje się z człowiekiem, kiedy historia stawia go w sytuacji, której nie potrafi udźwignąć? I czy człowiek, który w jednej chwili okazuje się słaby i przerażony, może zostać na zawsze pozbawiony prawa do ludzkiego współczucia?