O Iwanie Iliczu i Aleksym Kareninie
W 26-stą rocznicę śmierci mojego Taty
Literatura rosyjska XIX wieku przyniosła wiele charakterystycznych typów bohaterów: urzędników, wojskowych, myśliwych, dworaków, bywalców salonów. Wśród nich Tołstoj umieścił dwóch ludzi, którzy na pierwszy rzut oka wydają się niemal wzorowi. Iwan Ilicz i Aleksy Karenin są dobrze przystosowani do świata, w którym żyją. Wiedzą, co wypada, co należy robić, jak urządzić mieszkanie, jak się ubierać, z kim spotykać i jaką pozycję zajmować. Ich życie ma swój porządek. Jest przewidywalne i bezpieczne. Może właśnie dlatego tak łatwo uznać je za dobre.
Obaj bohaterowie żyją zgodnie z tym, co Tołstoj określa jako comme il faut – „jak trzeba”, „jak należy”. Nie muszą zastanawiać się nad każdym wyborem. Wystarczy, że spojrzą na innych. Skoro wszyscy żyją w określony sposób, skoro pewne rzeczy uchodzą za właściwe, to dlaczego mieliby postępować inaczej? Opinia otoczenia staje się czymś więcej niż tylko opinią. Zaczyna wyznaczać granice ich świata.
Iwan Ilicz czerpie z tego życia przyjemność. Kariera, mieszkanie, przedmioty, znajomości – wszystko układa się tak, jak powinno. Karenin podchodzi do swojego świata inaczej. Jest człowiekiem obowiązku. Wierzy w państwo, urząd, porządek i własną rolę w tym porządku. W pewnym sensie jest nawet bardziej świadomy zasad, według których żyje. Obaj jednak pozostają od nich zależni. Dopóki życie nie stawia ich wobec czegoś, czego nie można już uporządkować.
W przypadku Iwana Ilicza jest to choroba. Początkowo także chorobę próbuje potraktować jak kolejny problem, który należy rozwiązać. Lekarz, lekarstwo, zalecenia – wszystko powinno mieć swoje miejsce. Trzeba tylko postępować właściwie, a rzeczywistość powinna wrócić do normy. Ale nie wraca. Ból narasta, leczenie nie pomaga, a myśl o śmierci staje się coraz bardziej obecna. I wtedy pojawia się pytanie, którego wcześniej nie było. „Może ja nie żyłem jak trzeba?”
To pytanie jest szczególnie przejmujące, bo Iwan Ilicz natychmiast znajduje przeciwko niemu argument: przecież wszystko robił jak należy. Żył dokładnie tak, jak należało żyć. Miał pracę, pozycję, mieszkanie, rodzinę, odpowiednie znajomości. Nie przekraczał granic wyznaczonych przez jego świat. A jednak w obliczu śmierci wszystko to przestaje być wystarczające. Może więc żyć „jak należy”, a jednocześnie przeżyć życie nie tak, jak naprawdę się chciało?
Karenin nie przechodzi przez tą samą refleksję wprost. Jego kryzys ma inny charakter. Zdrada żony Anny burzy jego świat, w którym wszystko miało swoje miejsce. Człowiek, który był pewny siebie jako urzędnik i przedstawiciel określonego porządku, nagle przestaje wiedzieć, kim jest. „Jestem rozbity, unicestwiony, nie jestem już człowiekiem […] nawet w samym sobie nie znajduję ostoi”. To chyba jeden z najbardziej interesujących momentów w historii Karenina. Okazuje się, że jego pewność siebie była w dużej mierze pewnością człowieka, który znał zasady gry. Kiedy pojawia się sytuacja, której nie można rozstrzygnąć za pomocą tych zasad, czuje się bezradny.
Iwan Ilicz i Karenin mają więc coś wspólnego. Obaj zbudowali swoje życie wokół świata zewnętrznego. Ich praca, stanowisko, opinia innych ludzi, przyjęte obyczaje – wszystko to dawało im poczucie stabilności. Brakowało natomiast czegoś bardziej prywatnego i trudniejszego do zbudowania: prawdziwej bliskości z drugim człowiekiem. Być może właśnie to jest najbardziej bolesne.
Nie samotność rozumiana jako fizyczna nieobecność innych ludzi, lecz samotność człowieka, który nie ma komu naprawdę powiedzieć, czego się boi. Człowieka, który przez całe życie nauczył się funkcjonować poprawnie, ale nie nauczył się być blisko innych. Iwan Ilicz dopiero pod koniec życia zaczyna rozumieć, czego mu zabrakło. Jego przemiana nie polega na znalezieniu kolejnej zasady, której powinien przestrzegać. Przeciwnie – po raz pierwszy wychodzi poza wszystkie zasady, którymi dotąd się kierował. Śmierć, której tak bardzo się bał, zaczyna jawić się inaczej: jako wybawienie od cierpienia, także cierpienia jego rodziny. „Zamiast śmierci jaśniało słońce”.
Karenin nie znajduje podobnego wyjścia. Po swoim upadku ponownie szuka kogoś, kto powie mu, jak należy postępować. Trafia do kręgu hrabiny Lidii, gdzie pojawia się „jasnowidz”, a więc kolejny ktoś, kto ma wiedzieć lepiej. Karenin wraca tym samym do znanego schematu. Znowu ktoś z zewnątrz mówi mu, co powinien zrobić. Może właśnie dlatego losy tych dwóch bohaterów są tak niepokojące. Tołstoj nie daje przecież prostej instrukcji: „tak należy żyć”. Nie chodzi o to, żeby po przeczytaniu Śmierci Iwana Ilicza czy Anny Kareniny stworzyć sobie nowy zestaw zasad i od tej pory pilnie ich przestrzegać. Być może problem tkwi właśnie w samej potrzebie posiadania takich zasad. Bo czym właściwie jest życie „jak trzeba”? Czy można je zmierzyć karierą, szacunkiem otoczenia, dobrze urządzonym mieszkaniem, odpowiednim zachowaniem? A jeśli wszystko to mamy, ale w chwili próby okazuje się, że nie mamy z kim dzielić własnego strachu?
Tołstoj zdaje się mówić coś znacznie mniej wygodnego: człowiek sam wybiera życie, które prowadzi. Nie wystarczy więc powiedzieć, że zniewalają nas społeczne normy i oczekiwania. To my zgadzamy się na ich władzę, ponieważ dają nam poczucie bezpieczeństwa. Pozwalają nie zadawać zbyt trudnych pytań.
A może właśnie tych pytań najbardziej potrzebujemy. Pewnie nie da się odpowiedzieć na to pytanie raz na zawsze. I właśnie dlatego warto je sobie zadawać, zanim zrobi to za nas cierpienie, samotność albo świadomość końca.